"Atha moment" - Kino MacGregor w Warszawie | Ashtanga Yoga

"Atha moment" - Kino MacGregor w Warszawie

DSC_0722.jpg
Autor: 
Michał Kudzia
Zdjęcia: 
AW

To miało być ważne wydarzenie, bez względu na okoliczności. Spore zainteresowanie nim już mogło wróżyć sukces. Jednak efekt, którego byliśmy świadkami, oraz jego wydźwięk pozytywnie zaskoczyły chyba nawet organizatorów.

Od dawna przez wiele osób oczekiwana, wreszcie pojawiła się w Polsce! Kino MacGregor. Przedstawiać tej postaci entuzjastom asztangajogi nie trzeba, a pozostałym czytelnikom google prawdę powie, więc tutaj daruję sobie zbędne powielanie internetu. 19 sierpnia amerykanka przyleciała do Warszawy, aby przez kilka dni uczyć jogi w nowej siedzibie Astanga Yoga Studio – świeżutkim lokalu, oddanym do użytku zaledwie kilka dni wcześniej.

Krasomówcza zachęta

Kino zainaugurowała warsztat w piątkowy wieczór praktyką własną... na oczach publiczności. Tym zabiegiem wprowadziła siebie i nas do klimatu sprzyjającego przekazowi nauk. W pełnej skupienia ciszy zaprezentowała efektowną, zaawansowaną sekwencję asan, przechodząc od jednej do kolejnej płynnie i stabilnie, z gracją tancerki. Momentami podparta jedynie na dłoniach w swoich akrobacjach zdawała się unosić nad podłogą. Przez cały czas słyszeliśmy właściwie tylko jej oddech zsynchronizowany z każdym ruchem. Inspirujący pokaz lekkości i siły zarazem. "Do tego punktu warto zmierzać" – pomyślałem.

Kiedy skończyła, usiadła i przeprowadziła nas przez krótką sesję medytacji Anapana (choć słowo to z jej ust nie padło), a następnie opowiedziała o swoim pierwszym kontakcie z jogą Astanga Vinyasa. Kontakcie u samego źródła, u Pattabhi Joisa, którego postać znacząco wpłynęła na jej dalsze życie. Po tej opowieści nastąpił wykład.

Kino mówiła nieprzerwanie, płynnie, ciekawie, żywo przy tym gestykulując. Rozpoznałem w niej wtedy rasowego mówcę. Zresztą sama nas uprzedziła: "I'm American – I can talk forever". Rzeczywiście, uosabiała wszystkie najważniejsze cechy: swobodę wyrażania myśli, trzymanie się tematu, umiejętne wiązanie wątków, żadnych "aaa", "yyy", "mmm" i innych przerywników na szukanie słowa, stale w kontakcie wzrokowym ze słuchaczami, naturalna, przyjemna intonacja, wyraźna wymowa. Potrafiła przykuć moją uwagę od początku do końca. Na dodatek zrozumiałem każde zdanie, chociaż nie znam biegle angielskiego.

Wykład dotyczył filozofii jogi. Poprzez dogłębne, precyzyjne wyjaśnienie kilku wersów z Jogasutr Patańdżalego Kino odniosła się do duchowego aspektu praktyki. Była mowa o zanieczyszczających samskarach, wewnętrznym ogniu tapasu i momencie atha procesu wyzwolenia. Podzieliła się z nami bezcenną wiedzą, dzięki której adept jogi jest stale zmotywowany, oddany, systematyczny, bo rozumie, że ćwiczenie ma głęboki, pozafizyczny sens. Jej słowa zawierały odpowiedź na pytanie czemu właściwie służy joga, jaki jest ostateczny cel jej praktykowania. Znając tę odpowiedź łatwo omijamy pułapkę gimnastycznej rutyny. Możemy być spokojni o to, że do końca wystarczy nam pasji, zaangażowania, chęci i energii. Że pozostaniemy na właściwej ścieżce.

Płyniemy prowadzeni

Następnego ranka kolorowy dywan złożony z blisko 60 mat przykrył parkiet połączonych sal Studia w oczekiwaniu na rozpoczęcie Pierwszej Serii Prowadzonej (Primary Series Led Class). Wielu uznanych nauczycieli Astanga Vinyasa zwyczajowo na otwarcie praktycznej części swoich warsztatów wybiera właśnie tę formułę. Prowadzący ma dzięki niej okazję poznać grupę. I vice versa. Dla mnie za każdym razem stanowi ona wyjątkowe, budujące, integrujące, społeczne przeżycie.

Poznaliśmy więc Kino MacGregor w działaniu. Kiedy do jej miękkiego "OM" dołączyło się nasze, chóralne, zmiksowane, sala efektownie rozbrzmiała wibracją. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę liczbę uczestników i 3 metry wysokości nad głowami dla dźwięku, żeby ten mógł się swobodnie rozprzestrzenić. Może nawet utrafiliśmy w częstotliwość rezonansową sali?

To były bardzo intensywne zajęcia. Dość powiedzieć, że w jednej z pozycji odwróconych zobaczyłem jak kropla potu bez skrupułów odłącza się od mojej nogi i spada prosto na usta. Nie codzień przeżywam takie atrakcje. Temperatura powietrza, atmosfera wzajemnej mobilizacji oraz najistotniejsze: dobry rytm zapowiedzi nauczycielki, złożyły się na taki efekt. Rytm kilka razy został spowolniony, akurat w tych miejscach sekwencji, które uczniowie chcą mieć jak najszybciej za sobą ;-). Przy utthita hasta padangusthasana, navasana i utpluthih Kino zatrzymała się na dłużej. Już przeciągłe "Ooonnneee" zapowiadało, że podelektujemy się pozycją. W rzeczy samej, liczenie do pięciu trwało tam wieki. Ktoś mógłby powiedzieć: złośliwie. Otóż wręcz przeciwnie. Wszystko dla naszego dobra. Po zajęciach spojrzeliśmy na siebie z koleżanką, a jej komentarz "niezła rzeźnia, co?" trafnie zobrazował przebieg zakończonej właśnie sesji. Oczywiście w pozytywnym sensie, bo o sesji jogi mowa.

Poza oczywistymi doświadczeniami ciała mieliśmy dodatkowo okazję obcowania z pięknym, oryginalnym akcentowaniem wymawianych nazw pozycji. Tylko wisienka na torcie? Możliwe, ale dla moich uszu ma ona ogromne znaczenie. Wzbogaca odbiór, uwrażliwia. W Polsce niewielu nauczycieli (spotkałem dwoje) o to dba. Większość używa rodzimego akcentu paroksytonicznego.

Jak to ugryźć?

Tego samego dnia ruszył blok warsztatowych zajęć tematycznych. Pierwsze z nich, zatytułowane "Możesz i potrafisz" ukazały nam, gdzie tkwią newralgiczne punkty asan i przejść powszechnie uznawanych za trudne. Doświadczyliśmy na czym polega praca w tych punktach. Kino rozwiała złudzenia, jeśli ktoś jeszcze takowe posiadał, że istnieją cudowne sposoby na wskoczenie do bakasany albo przeskok do ćaturangi. Sposób jak zwykle jest banalnie prosty: ćwiczenie, ćwiczenie, stałe powtarzanie ćwiczenia. Codziennie choćby 1% zmiany.

Na drugim spotkaniu tematycznym uwagę poświęciliśmy tworowi, o którym, jak o mitycznym jednorożcu, dużo się mówi, a którego nikt nie dotknął. Bo jak tu dotknąć lub choćby zobaczyć coś, co fizycznie nie istnieje? Bandha: skomplikowany stan wewnętrzny i jednocześnie proste słowo-wytrych, śmiało nadużywane przez nauczycieli asztangajogi. Wszystkie wydarzające się na macie niepowodzenia jedną mają przyczynę: "nie trzymasz bandhy". Próbowaliśmy wszystkiego co w naszej mocy, by jej doświadczyć: przesuwaliśmy nieprzesuwalne kości, przyciągaliśmy jedne trudno wyczuwalne części ciała do innych, zupełnie niewyczuwalnych, podnosiliśmy wirtualny hamak wewnątrz bioder. Przy okazji Kino zdradziła sekret Gurudżiego, kiedy można (i należy!) odpuścić sobie trzymanie mula bandhy. Podpowiem, że w ciągu doby są 3 takie momenty ;-)

Ostatnie zajęcia tematyczne pozwoliły spojrzeć na fizyczną praktykę nieco z zewnątrz, rozwinąć wyczucie ciała, intuicję i empatię. I choć w tytule stało "dla nauczycieli", po raz kolejny zgromadziły pełną salę osób, niekoniecznie wiążących swoje życiowe plany z uczeniem jogi. Kino we wstępie podkreśliła wagę i odpowiedzialność roli nauczyciela. Uczuliła nas, że decydując się na wejście w nią zgadzamy się jej trzymać, by towarzyszyć uczniowi. Tradycja mówi wręcz o zawiązaniu nieformalnego kontraktu między stronami. Kontraktu, którego nauczycielowi naruszyć nie wolno.

Z teorii szybko przeszliśmy do praktyki. Jako poligon ćwiczeń w parach zostały wybrane pozycje ze skrętami. Na ich przykładzie Kino pokazała ważne i ważniejsze aspekty pomocy manualnej (hands-on adjustment), zwanej w polskiej nomenklaturze szumnie "korektami". Wszystko, co przy tym mówiła było spójne, klarowne i przekonujące na tyle, że rzucane co chwila "does it make sens?", "make sens?" brzmiało cokolwiek kokieteryjnie.

Z dźwiękiem lepiej

Każde zajęcia tematyczne rozpoczynaliśmy i kończyliśmy śpiewaniem mantr. Kino przykładała do nich specjalną wagę. Przez śpiewanie mantr, chcemy czy nie chcemy, dotykamy duchowego aspektu praktyki. Jest to poza tym element linii przekazu nauczycieli jogi. Manju Jois odwiedzający Polskę w zeszłym roku również akcentował ten element, przeznaczając niektóre zajęcia wyłącznie na intonowanie sanskryckich tekstów.

Rozwój szyty na miarę

Oczywiście w programie nie mogło zabraknąć zajęć mysore. Zwykle stanowią one najlepszą okazję do pogłębienia praktyki, uczynienia kroku naprzód, poznania innego sposobu ćwiczenia. Swoisty "atha moment" postępu. A już tym bardziej w obecności nauczyciela tej klasy, co wychowanka Gurudżiego. Mysore z nią odbyły się dwukrotnie, za każdym razem przy udziale blisko 40 osób. Chyba po raz pierwszy w Polsce ta specyficzna formuła zgromadziła tyle praktykujących na jednej sali.

Amerykanka nie szczędziła swojej energii, by nas pchnąć na tory solidnej pracy. Jej zaangażowane, motywujące "pull in, crawl in, breathe!" dobiegało co chwila z innego miejsca sali. Dzielnie asystowała jej, dwojąc się i trojąc, Ewa Jaros – nasza gospodyni. Ludzie przekraczali własne ograniczenia: dalej niż kiedykolwiek sięgali do przodu i bliżej niż kiedykolwiek podchodzili dłońmi przy wygięciach do tyłu.

Ale Kino! ostudzone

W moim odczuciu Kino MacGregor jest nauczycielem kompletnym, wszechstronnym, uniwersalnym. To profesjonalistka. Równie doskonale jak prowadzone metodą vinyasa wyglądają w jej wydaniu zajęcia warsztatowe, quasi-indywidualne (mysore) oraz wykłady teorii. Przypuszczam, że z powodzeniem mogłaby też uczyć śpiewania mantr. Opanowała rzadką zdolność wnikliwej obserwacji ucznia i błyskawicznego na tej podstawie doboru środków. Podczas zajęć wykazuje stałą uważność, otwartość, wysoką komunikatywność. Towarzyszy jej przy tym wszystkim nieodłączna cecha dobrego nauczyciela: zaawansowana praktyka własna. W tym przecież tkwi cały sekret. Najwartościowszy przekaz powstaje przez dzielenie się doświadczeniem, a nie treściami wyczytanymi ze świętych ksiąg albo zasłyszanymi od autorytetów.

Zanim zakończę, dołożę łyżeczkę dziegciu do tej beczki miodu. Jestem przekonany, że słodycz mimo wszystko pozostanie :-). Kino wywarła ogromny wpływ na wielu spośród swoich uczniów. Jedni nazywali ją "boska", inni wypisywali głośne "wow!" i prezentowali się obok niej na zdjęciach w internecie. Ja jestem daleki od przesadnej euforii na punkcie tej osoby. Każdy guru przy bliższym poznaniu okazuje się zwykłym człowiekiem ze wszystkimi ludzkimi słabościami i ograniczeniami. Podobnie Kino MacGregor. Łatwo mogę ją sobie wyobrazić w normalnych życiowych sytuacjach, jak przeklina, pije piwo albo puszcza bąki. Wówczas zachowam nieskażone ekscytacją uznanie wobec jej profesjonalizmu, doświadczenia i działań na rzecz propagowania asztangajogi w Świecie.

Dzieje się

Ha, miało być obiektywnie, wyszło jak zwykle trochę osobiście. Cieszę się, że znów miałem okazję podzielić się wrażeniami z udziału w ciekawym wydarzeniu. Bez wątpienia mogę podsumować, że spotkanie z Kino MacGregor tu, w Warszawie było owocne dla każdej ze stron. Nasz gość odkrył kolejny ląd, polska społeczność jogiczna wyszła wzbogacona, a dla szkoły Astanga Yoga Studio to wymarzony start, "atha moment" rewitalizacji, udany początek funkcjonowania w nowej siedzibie. Właśnie zakończył się tu kolejny warsztat renomowanego nauczyciela z zagranicy. Tym razem zaproszenie przyjął Danny Paradise...

Paweł Witkowski INTools