Powarsztatowe przemyślenia | Ashtanga Yoga

Powarsztatowe przemyślenia

DSC_4676.jpg
Autor: 
Łukasz Przywóski

 

 

W ostatnim czasie odbyły się cztery udane warsztaty asztangajogi. Uczestniczyłem w trzech. Miałem okazję poznać trzech ciekawych nauczycieli. Ujęła mnie naturalność i dojrzałość Bobby Misiti, spodobała mi się energia Kino MacGregor, jednak największe wrażenie zrobił na mnie warsztat Danny’ego Paradise’a. Zainspirował mnie do zastanowienia się nad moja praktyką, nad moim podejściem do asan i serii asztangi.

 

Danny rozumie jogę jako zestaw technik pozwalających ludziom uzdrawiać siebie, regenerować się i zachowywać energię, a także umożliwiających im odzyskanie kontaktu z siłami życiowymi, dzięki którym powstał Wszechświat. W czasie warsztatu podzielił się z nami swoimi przemyśleniami na temat pochodzenia i tradycji jogi. Wprowadził nas w praktykę pranajamy oraz pozwolił bawić się asanami z różnych serii asztangi, jak i spoza nich. Szczególnie ciekawe okazały się "egipskie" skręty zainspirowane hieroglifami ze świątyni Karnak.

Danny podkreślał, że nie ufa guru ani autorytetom. Każdy powinien być swoim własnym guru, znaleźć swoją własną drogę. Tradycja jogi stanowi źródło, z którego możemy czerpać wiedzę i znajomość technik umożliwiających pracę ze sobą na wielu płaszczyznach. Nie powinniśmy jednak podchodzić do niej w dogmatyczny sposób. Sądzę, że ma to szczególnie duże znaczenie w środowisku osób praktykujących asztangawinjasajogę.

Po warsztacie zadałem sobie kilka pytań. Po pierwsze - dlaczego mam kłaniać się do lotosowych stóp gościa, którego właściwie nie znam?

Każde zajęcia w stylu Mysore rozpoczynają się od inwokacji, jej pierwszy wers „vande gurunam caranaravinde” przywołuje koncept „najwyższego guru”. Kim lub czym on jest? Mając na uwadze, że joga jest systemem filozoficznym a nie religijnym, wprowadzenie postaci najwyższego guru może budzić pewien niepokój.

Tradycja jogi kładzie nacisk na dziedzictwo, na relację guru – uczeń. Jest to relacja raczej ezoteryczna, w której wiedza i doświadczenie przekazywane są zarówno werbalnie, jak i auralnie. Uczeń powinien bezwzględnie podporządkować się swojemu nauczycielowi, aby, pod jego kierownictwem, dotrzeć do ostatniego celu – oświecenia. Nauczyciel nie tyle przekazuje uczniowi, jak zarobić na życie, ile uczy sposobu na życie. Myślę, że ta definicja nauczyciela nie odnosi się do nauczycieli asan.

Wiele osób ćwiczących asany ma skłonność do idealizowania twórców metod praktyki hathajogi: BKS Iyengara, SKP Joisa, TKV Desikachara czy Svamiego Sivanandy. Niewątpliwie każdy z nich wykonał wielką pracę mającą na celu przekazanie i rozwijanie technik pracy z ciałem i umysłem. Cieszę się, że nie zabrakło im determinacji i motywacji. Dzięki nim mam okazję poznawać wspaniały system pracy ze sobą. Nie widzę jednak powodu, by w związku z tym traktować któregokolwiek z nich jako guru albo mistrza.

Ze ścian praktycznie każdej szkoły asztangajogi praktykującym przygląda się Gurudżi Patthabi Jois. Lubię go. Czułbym się nieswojo na sali, gdzie zabrakłoby jego podobizny. Z drugiej strony Patthabi Jois zawsze podkreślał, że naucza jedynie tego, czego nauczył się od swojego mistrza – Sri Trimulaja Krischnamacharii. Tradycja wymagałaby wobec tego, by ściany ozdabiała podobizna Krischnamacharii a nie Joisa ;) Naturalnie obecność podobizny Patthabiego można uznać za wyraz szacunku dla jego pracy i tradycji asztangajogi. Z drugiej strony Patthabi Jois z oczywistych powodów nie jest i nie będzie moim nauczycielem.

Nie szukam guru ani nie traktuję jako guru twórców metody asztangawinjasy. Komu więc kłaniam się na początku praktyki? Nasuwa mi się jedna odpowiedź. Sobie. Koncept guru w inwokacji traktuję jako metaforę samej praktyki, dzięki czemu nie czuję się nieswojo śpiewając o wymienionym wcześniej najwyższym guru. Mogę potraktować te słowa, jako wyraz szacunku dla ukrytej w każdym człowieku wewnętrznej mądrości. Ten zabieg myślowy sprawia, że mogę odśpiewać mantrę nie wchodząc w konflikt ze swoją ateistyczną wizją świata J

Poznanie siebie, zgranie się ze sobą to praca będąca wyzwaniem dla wielu osób. Aby wynieść naukę z tej relacji potrzebna jest uważność i wsłuchanie się we własne ciało. A ciału praktykującego nie zawsze jest po drodze z kolejnością asan w seriach asztangi.  Danny pokazał nam na warsztacie, że seriami i asanami można się bawić, dopasowywać je do swojego poziomu energii, jak również fizycznych ograniczeń. Wydaje się, że jest to zdrowe i rozsądne podejście do praktyki. Mimo to nie brak osób, które podchodzą do serii w sposób dogmatyczny. Dogmatyczni uczniowie są w gruncie rzeczy nieszkodliwi, gorzej kiedy nauczyciel naucza wszystkich w dogmatyczny sposób, obruszając się na najdrobniejsze odstępstwo od "tradycyjnej" sekwencji. Czy jednak praktykowane dzisiaj sekwencje rzeczywiście są "tradycyjne"?

Zgodnie z przekazem serie asztangi zostały odkryte przez Patthabiego Joisa i Sri T. Krischnamacharię w bibliotece w Kalkucie, w manuskrypcie Yoga-Korunta utworzonym na liściach bananowca. Niestety manuskrypt ten został zjedzony przez mrówki, dlatego też trudno zweryfikować autentyczność sekwencji asztangawinjasy. Patthabi Jois zawsze podkreślał, że naucza tylko tego, czego nauczył się od swojego mistrza. A jednak pierwsi nauczyciele z zachodu, którzy poznawali system asztangawinjasajogi w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych podkreślają, że sekwencje zmieniały się z biegiem lat. Warto przytoczyć część tych zmian. Po pierwsze pozycje skręconego trójkąta i skręconego kata nie były częścią sekwencji pozycji stojących, Jois pozwalał praktykować wyłącznie uczniom o ugruntowanej praktyce. Ich włączenie do sekwencji pozycji stojących w ciekawy sposób wytłumaczył jeden z certyfikowanych nauczycieli asztangi - Mark Darby. Jego zdaniem część zawansowanych uczniów Patthabiego Joisa po powrocie do miejsca zamieszkania zaczynała uczyć swoich uczniów pełnych serii obejmujących skręcone pozycje stojące.  Ich uczniowie byli oswojeni z nimi od początku - po przyjeździe do Majsuru zazwyczaj mieli już zaawansowaną praktykę, więc Jois nie powstrzymywał ich od praktyki parivṛtta-trikoṇāsany i parivṛtta-parsvakoṇāsany. Z czasem, niemal niepostrzeżenie pozycje te stały się częścią oficjalnie uznawanej sekwencji pozycji stojących.

Pierwszą pozycją drugiej serii była malāsana, której obecnie nie praktykuje się w żadnej serii. Najciekawsze dla mnie jest jednak umiejscowienie mostka – praktykowało się go w drugiej serii, po karandavāsanie a przed vśchikāsaną. Wydaje się, że jest to dobre miejsce dla tej pozycji. Włączenie praktyki mostka i zejścia do mostka z pozycji stojącej do praktyki pierwszej serii jest dla mnie nieporozumieniem. Pierwsza seria nie przygotowuje ciała do tych pozycji. Oczywiście, można tutaj polemizować – w końcu częścią każdej winjasy jest pozycja psa z głową do góry, jednak moim zdaniem praca wykonywana w tej pozycji nie przygotowuje dostatecznie ciała do sekwencji ūrdhva-dhanurāsany.  Mark Darby pozwala uczniom rozpocząć praktykę zejścia do mostka z pozycji stojącej dopiero po nabraniu wprawy w praktyce kapotāsany. Jest to rozsądne podejście ponieważ kapotāsana uczy przede wszystkim kontroli ciała w czasie mocnego wygięcia do tyłu. Czy system się myli? Moim zdaniem tak. Praktyka pierwszych ośmiu pozycji drugiej serii przygotowuje należycie praktykującego do bezpiecznego wykonania wspomnianej sekwencji. Pierwsze wygięcia drugiej serii mają terapeutyczny charakter. Nie widzę powodu, by zabraniać ich wykonywania osobom o regularnej praktyce. Należy w tym miejscu wspomnieć, że pierwsi zachodni uczniowie Joisa rozpoczynali naukę obu serii równocześnie. Zdaniem Davida Swensona praktykę drugiej serii może rozpocząć każdy, kto zapamiętał następstwo asan w Pierwszej Serii i może ją wykonać bez zerkania na kartkę z rysunkami pozycji :)

Nauczyciel Joisa, Krishnamacharia, zalecał, by skoki w sekwencjach asan wykonywać na kumbhace (bezdechu). Obecnie są one wykonywane albo na wdechu albo na wydechu.

Pierwsi uczniowie Joisa wspominają, że sekwencja asan i liczba oddechów w pozycji była dopasowana do możliwości ucznia. Z czasem, w miarę zwiększania się liczby ćwiczących sekwencje zostały wystandaryzowane, pozbawione indywidualnego podejścia do ucznia.

Należy pamiętać, że praktyka jogi obejmująca ćwiczenie asan została w pewnym sensie "przeszczepiona" ma zachód z Indii. W czasach stworzenia sekwencji przez Krischnamacharię i Patthabiego Joisa i w ich otoczeniu kulturowym, umiejętność zaplecenia nóg w lotosie była czymś oczywistym. W tamtych czasach hindusi od czasów dzieciństwa spędzali wiele czasu siedząc ze skrzyżowanymi lub złączonymi nogami. Ich biodra były otwarte na długo przed rozpoczęciem praktyki asan. Dla wielu zachodnich bioder pozycja lotosu jest nie tylko wyzwaniem, ale również potencjalnym zagrożeniem.

W gruncie rzeczy w czasie zajęć praktykujemy asany. Asany nie są jogą. Nie ma powodu, by podchodzić do nich śmiertelnie poważnie. Asany służą przede wszystkim utrzymaniu ciała w zdrowiu. W połączeniu z oddechem i drishti pozwalają rozwijać uważność i koncentrację, mogą oddziaływać na układ nerwowy. Jednak mimo że są osoby, które chciałaby w to wierzyć praktyka asan nie jest praktyką duchową. Oświecenie nie czeka na praktykującego ani po opanowaniu mūla-bandhāsany ani eka-hasta-vkṣāsany JDuchowość, oświecenie i elastyczność nie są ze sobą powiązane. Fizyczna sprawność nie ma nic wspólnego z wyższą świadomością. Umiejętność „głębokiego” wejścia w pozycję może utrzymywać ciało praktykującego w zdrowiu ale może również je uszkodzić. Asany są po prostu narzędziem, które pozwala dotrzeć do różnych partii ciała i utrzymywać je zdrowiu. Umiejętność wejścia w określone pozycje jest pochodną wielu składowych: wieku, stanu zdrowia, przebytych kontuzji, stosowanej diety, rodzaju wykonywanej pracy, wrażliwości na zmiany pogody ale nie jest miarą rozwoju duchowego JMając na uwadze cel praktyki asan warto podejmować w jej czasie inteligentne decyzje. Jeśli praktykujący ma problem z kolanami zamiast wymuszać na ciele półlotos, może wykonać pozycje do półlotosu przygotowujące. Jeśli budzi to sprzeciw nauczyciela dobrze, by ten nauczyciel zadał sobie pytanie czego właściwie uczy? W końcu pierwsza seria asztangi to „yoga-chikitsa” – terapia jogą. Terapia z definicji powinna służyć poprawie stanu zdrowia a nie jego pogarszaniu. Czy naprawdę sięgnięcie za wszelką cenę do stóp w skłonach, wykonanie lotosu jest ważniejsze od zachowania zdrowego kręgosłupa i zdrowych kolan? Czy zakwasy są wyznacznikiem „dobrej” praktyki? Niech każdy odpowie sobie sam na te pytania. 


Kolejnym ważnym tematem poruszonym przez Danny’ego były korekty. W czasie zajęć w stylu Mysore nauczyciele przeważnie nie udzielają ustnych wskazówek, korygują za to ustawienie ciała uczniów w asanach. Korekty mogą być pomocne, mogą też wyrządzić wiele złego.  W czasie warsztatu Danny podkreślał, że nie wykonuje silnych korekt, wspomniał, że jedni z najbardziej doświadczonych nauczycieli asztangajogi Richard Freeman i David Williams w ogóle nie dotykają uczniów. Cały czas zastanawiam się, czy lubię korekty? Rozpoczynając praktykę asztangi nie rozumiałem, dlaczego dotyka mnie ktoś obcy. Szybko jednak polubiłem korekty, gdyż dzięki nim miałem wrażenie, że moja praktyka staje się „głębsza”. Dodatkowo nauczyciele, na których trafiłem wykonywali korekty z wyczuciem. Mimo to z dnia na dzień jestem coraz bliższy przekonaniu, że nauczanie bez korekt byłoby lepsze. Po pierwsze nauczyciel nie skupiałby się na pomaganiu jednemu uczniowi a niejednokrotnie jego ustawieniu w asanie, ale miał na oku wszystkich i, w stosownej chwili, mógłby udzielić ustnych wskazówek tym osobom, które tego potrzebują. Po drugie nikt poza mną nie doświadcza mojego ciała. Nauczycielowi tylko się wydaje, że wie na ile może pozwolić sobie moje ciało. Innymi słowy nauczycielowi może się wydawać, że jego korekta jest płynna i pomocna, ale poddany jej uczeń może być odmiennego zdania JNiestety, z różnych powodów, uczniowie nie zawsze dają wyraz swoim odczuciom, często powstrzymują się od powiedzenia nauczycielowi, że sprawia im ból.


Uczniowie ufają nauczycielowi, są przekonani, że wie co robi pracując z ich ciałem. Zdarza się, że zaciskają zęby i nie zatrzymują nauczyciela, mimo że ciało wysłało pierwsze ostrzegawcza sygnały. Tymczasem ciało ma zazwyczaj dobry powód, by zatrzymać ucznia w określonym punkcie praktyki. Codziennie powtarzane korekty zamiast przyspieszyć otwarcie ciała mogą zwiększać ryzyko pojawienia się urazów wywołanych chronicznym przeciążaniem mięśni i ścięgien.


W moim odczuciu nie ma „dobrego” bólu. Ból jest jasnym sygnałem, poprzez który ciało mówi stop, na dzisiaj wystarczy. Życzyłbym sobie, by nauczyciele pomagali uczniom w łagodny sposób szanując ich ograniczenia. Nie widzę powodu by na siłę „pogłębiać” pozycje praktykującego lub słownie „dopingować” go do wysiłku niewspółmiernego do możliwości ucznia. Mówi się, że w praktyce asztangi nie używa się pomocy takich jak kostki czy paski ponieważ zakłócałyby płynność praktyki. W moim odczuciu podobną pomocą jest jednak korekta dawana przez nauczyciela, w czasie jej przyjmowania zmienia się rytm praktyki.


Podsumowując - moim zdaniem do każdego „kompletnego” systemu pracy z ciałem należy podchodzić ostrożnie, stawiając na pierwszym miejscu zdrowie fizyczne a nie „tradycję”.

Nie zamierzam zaprzestać praktyki asztangawinjasajogi. Odpowiada mi jej intensywność i ciągłość. Chcę jednak czerpać z praktyki radość, zdrowie i dobre samopoczucie. Chcę, by praktyka służyła mi do późnej starości J 

Danny’emu zaś dziękuję za udany warsztat, pełne humoru podejście do praktyki asan i zachęcenie mnie do tych przemyśleń.

Namaste





Paweł Witkowski INTools