Przez dyscyplinę do wolności, czyli o pięknie dogmatycznej praktyki – wywiad z Davidem Robsonem na temat nauczania jogi Ashtanga w stylu Mysore | Ashtanga Yoga

Przez dyscyplinę do wolności, czyli o pięknie dogmatycznej praktyki – wywiad z Davidem Robsonem na temat nauczania jogi Ashtanga w stylu Mysore

David Robson - scorpion
Autor: 
Priya Thomas
Tłumaczenie: 
Anna Grabara

 

Priya Thomas: Kiedy zacząłeś praktykować jogę?

David Robson: Zacząłem chodzić na lekcje asan około 12 lat temu. Na początku to była Sivananda. Moja znajoma wiedziała, że interesuję się jogą, bo ćwiczyłem sam z książek i tego typu pomocy, ale bardzo rzadko, i przyprowadziła mnie na zajęcia. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, że są w ogóle jakieś lekcje jogi.

Naprawdę?

Naprawdę! (śmiech)

Czego w takim razie nauczyłeś się z książek?

Nie pamiętam nawet, co to były za książki. Były tam różne pranayamy, proste asany. Ale nie wiedziałem, że ludzie zbierają się w jakiejś sali, żeby ćwiczyć! Sądziłem, że joga to coś, co się uprawia indywidualnie. Nie miałem o tym pojęcia, chyba byłem trochę poza obiegiem (śmiech). Przyjaciółka przyprowadziła mnie na zajęcia Sivanandy w Toronto. Oczarował mnie wtedy widok grupy ludzi ćwiczących jogę razem w jednej sali! Nauczyciel chodził sobie między nami, można się było zupełnie rozluźnić. Z miejsca się zakochałem. Wtedy akurat wróciłem z długiej podróży i właśnie zacząłem studia związane z religią na Uniwersytecie w Toronto. Tydzień później byłem na zajęciach dwa razy, a zanim się zorientowałem, zacząłem chodzić codziennie.

Jakie to były dokładnie studia: religioznawstwo czy teologia?

Religioznawstwo z naciskiem na psychologię religii.

Interesuje mnie, jak to się stało, że zacząłeś studiować religioznawstwo i ile miałeś wtedy lat?

Miałem może 26 lub 27 lat. Przedtem robiłem mnóstwo różnych rzeczy: byłem muzykiem, sporo podróżowałem, na różne sposoby szukając własnej koncepcji Boga, czy raczej przeżyć szczytowych, bezpośrednich doznań. Ale żaden z tych sposobów nie okazał się trwały, żadne z moich doświadczeń nie zostawało we mnie na dłużej. Po prostu to moje życie było dosyć niezorganizowane.

Przepraszam, że przerywam, ale chciałam się upewnić, czy mówiąc o „przeżyciach szczytowych” odwołujesz się do koncepcji przeżyć szczytowych Maslowa?

Tak.

David Robson w Mysore

 

W porządku, kontynuuj proszę.

Podróżowanie jest dobrym sposobem na doświadczenie takich przeżyć. Z tych samych pobudek eksperymentowałem z jogą, starając się iść stale „do góry”. Ale stopniowo było coraz trudniej utrzymać ten efekt. „Górkom” towarzyszyły także „dołki” (śmiech). Więc zacząłem szukać jakiejś struktury. I dosłownie będąc na szczycie góry w Ameryce Południowej, postanowiłem studiować religioznawstwo! (śmiech)

Super!

Być może właśnie potrzebowałem struktury. Chciałem dowiedzieć się więcej na te tematy, ale moje dotychczasowe sposoby zdobywania wiedzy sprawiały, że miałem wrażenie miotania się w samotności. Więc szybko wróciłem do Kanady, zapisałem się na Uniwersytet w Toronto i zacząłem studia.

Jaką muzyką się zajmowałeś?

Grałem w różnych zespołach. To była raczej muzyka improwizowana, takie alternatywne rzeczy z Toronto. Grałem na przykład w Peaches, o ile znasz (śmiech)?

Jasne, że znam Peaches! Ciekawe! Dobra, szukałeś struktury, znalazłeś Sivanandę, więc jak zetknąłeś się z Ashtangą?

Już od jakiegoś czasu praktykowałem Sivanandę codziennie, trwało to rok albo trochę dłużej. Wtedy zacząłem się spotykać z moją dziewczyną, która teraz jest moją żoną, i ona też chciała ćwiczyć jogę, ale nie chciała chodzić tam, gdzie ja, więc zaczęła ćwiczyć jogę Bikram. A ja akurat mieszkałem blisko i chciałem też spróbować, Bardzo mi się spodobało, bo to było zupełne przeciwieństwo Sivanandy. Na zajęciach w styku Bikram są jasne światła i jest lustro, co wydawało mi się trochę dziwne. Ale przerzuciłem się na to i skończyło się tak, że po niedługim czasie już uczyłem. Wtedy zacząłem też eksperymentować z innymi zajęciami i więcej czytać na temat jogi. Na początku ćwiczyłem Ashtangę z książki Davida Swensona „The Ashtanga Yoga Manual”. Podobały mi się płynność i wyzwanie, które znajdowałem w tej formie jogi. Początkowo chodziło głównie o asany i pewien rodzaj zakorzenienia (wtedy nie bardzo wiedziałem jeszcze w czym) oraz że była w tym wszystkim jakaś pokora i tradycja…

A tego właśnie szukałeś?

Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z początku mój stosunek do jogi był bardzo lekceważący. Ale myślę, że w pewnym sensie powaga, z jaką podchodzisz do praktyki, jest proporcjonalna do efektów, jakie może ona przynieść. Mnie się wydawało, że praktyka Ashtangi to jest poważna praktyka. Rano ćwiczyłem w szkole jogę Bikram, a w ciągu dnia nieregularnie chodziłem na zajęcia Ashtangi. A potem w 2002 roku Guruji przyjechał do Montrealu i pojechałem go zobaczyć. Był tam też jego wnuk Sharath.

Możesz powiedzieć coś więcej na temat tego, kim był Guruji?

Guruji czyli Sri Pattabhi Jois to człowiek, który rozpropagował jogę Ashtanga. Zmarł niedawno w wieku 94 lat, mieszkał w Mysore w Indiach. Wszystko zaczęło się mniej więcej w latach siedemdziesiątych, kiedy Guruji przyjechał do Stanów Zjednoczonych, do Kalifornii, co właściwie zapoczątkowało rozwój jogi Ashtanga w Ameryce, a stamtąd poszło w świat. Guruji co roku nauczał w różnych miejscach i tak go spotkałem. I tak też poznałem jego wnuka Sharatha, który jest moim nauczycielem. Niemalże natychmiast pojechałem do Indii, żeby uczyć się u Sharatha.

Czy to było spowodowane tym, że poczułeś jakiś związek z nim, czy po prostu czułeś, że musisz?

Jedno i drugie. Poczułem związek i tego właśnie szukałem. Mając w głowie zbudowane na podstawie książek wyobrażenie o tym, jak wygląda joga i jak jest przekazywana, pomyślałem, że styl Mysore ma sens. Kiedy zetknąłem się z tym indywidualnym sposobem nauczania, stwierdziłem, że tak właśnie powinno być. Wydawało mi się sensowne, że w tego typu tradycji, jeśli ktoś ma cię uczyć, to mówi ci konkretnie, co masz robić. Czy to w sztukach walki, tańcu, czy jodze… Taki sposób nauczania wydawał mi się autentyczny i w ten sposób rzeczywiście mogłem się czegoś nauczyć. Naprawdę to czułem.

Właściwie nie miałam tego pytania na liście, ale chciałabym się dowiedzieć, czy byłeś wtedy typem osoby, która łatwo się pobudza? Takim typem hiperaktywnym? Czy dlatego szukałeś czegoś, co mogłoby cię troszkę wyciszyć? Próbuję dojść do tego, jaka była ta osobowość poszukująca…

Myślę, że wręcz przeciwnie (śmiech), byłem niepozbierany. Nie byłem nadpobudliwy, może raczej podatny na wpływy, niestały. To chyba lepiej opisuje mój stan. Łatwo ulegałem wpływom w zależności od tego, co się działo wokół mnie. Nie chodzi o to, czy coś było zdrowe czy niezdrowe. Po prostu łatwo poddawałem się temu, co akurat było najbliżej.

Pojechałeś więc do Indii. Jak to było uczyć się w tradycyjnym stylu Mysore?

Kiedy dotarłem do Mysore, poszedłem do Sharatha i od razu zacząłem praktykę u niego. To było bardzo proste. Trzeba było po prostuprzyjść codziennie wcześnie rano i wykonać zadaną przez niego sekwencję pozycji. A potem po prostu robić to samo codziennie. Wtedy nie było tam jeszcze tak dużo ludzi, więc miałem możliwość częstego kontaktu z Sharathem. Nie było problemu, żeby porozmawiać i dostać jakieś dodatkowe nieformalne wskazówki. Ale właściwie był to głównie przekaz tradycji poprzez praktykę asan. Wtedy praktykowałem u Sharatha przez 4 miesiące, a w sumie spędziłem tam pół roku.

Czy to był twój pierwszy pobyt w Indiach?

Tak.

Więc było to dla ciebie zupełnie nowe doświadczenie?

Tak i pomimo, że już wcześniej sporo podróżowałem, to było niesamowite doświadczenie. Właściwie to zacząłem moją podróż po Indiach na południu, w Kerali.

I tam też ćwiczyłeś Ashtangę? Pojechałeś tam, żeby się uczyć jogi, czy po prostu była to część twojej podróży?

Jedno i drugie. I podróż i praktyka. Pojechałem tam, żeby się uczyć u Lino Mielego. To nauczyciel Ashtangi pochodzący z Włoch, który uczy w Kovalam w Kerali. Najpierw pojechałem do Kovalam, gdzie spędziłem 6 tygodni ucząc się u niego, a następnie udałem się do Mysore. Po powrocie do Kanady znów uczyłem jogi Bikram. Wtedy prowadziłem też zajęcia z Ashtangi, ale nie w tradycyjny sposób. W tamtych czasach właściwie nie było takiego ruchu, żeby uczyć Ashtangi tradycyjnie. A ja nie miałem też żadnego błogosławieństwa czy autoryzacji, żeby uczyć. Więc nie czułem się uprawniony do przekazywania tej tradycji. Ale joga Bikram nie sprawdzała się dla mnie, bo właściwie sam jej nie praktykowałem, więc na długi czas zarzuciłem to. Potem poświęciłem się uczeniu odmiany Ashtangi, czyli czegoś w rodzaju zajęć z vinyasy.

Przez następne kilka lat jeździłem do Indii i uczyłem się u Sharatha przez krótsze okresy, na przykład miesiąc, a potem znów wracałem do Kanady i uczyłem czegoś, co można by nazwać luźniejszą formą vinyasy. Podczas mojego piątego pobytu w Mysore nareszcie zrozumiałem, że ten styl nauczania Ashtangi jest naprawdę bardzo szczególny.

To ciekawe…

Shala w KPJAYI, Mysore, IndieTo znaczy, wiedziałem to już wcześniej, ale nie rozumiałem tego. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że cała moc tej metody tkwi właśnie w tych szczegółach i że jej siła opiera się właśnie na tym, że jest taka USTALONA. Trzymanie się tej specyfiki jest bardzo ważne. Kiedy sobie to uświadomiłem, pomyślałem sobie: „Ah tak!” (śmiech). Oporny byłem, prawda? Potrzebowałem pięciu długich lat (śmiech), żeby to zrozumieć! Od tego momentu wszystko się zmieniło, moja praktyka także. Odtąd wiedziałem, że muszę robić to dokładnie w ten sposób i praktykować codziennie. Zacząłem stosować się do wszystkich zasad, których przez cały czas uczył mnie Sharath. I zdałem sobie sprawę, że jeśli mam uczyć, muszę uczyć właśnie w ten sposób.

A czy to zmieniło też ciebie osobiście w jakiś sposób? Wiesz, dlaczego zmiana przyszła właśnie w tym momencie i czy to był odpowiedni moment?

Tak, sądzę, że to był właściwy moment, to się krystalizowało stopniowo. Nie nazwałbym tego punktem kulminacyjnym, ponieważ cały czas się uczę i zmieniam. Z pewnością jednak był to kluczowy moment mojej transformacji, bo była to kluczowa kwestia dla zrozumienia całego tego procesu, a także kluczowy moment, jeśli chodzi o moją umiejętność uczenia. Nagle zrozumiałem, że nie ma sensu uczyć czegoś, czego sam nie ćwiczę i że mogę uczyć tylko tego, czego działanie sam sprawdziłem.

Moje doświadczenie mówi, że to działa. Dotąd uczyłem luźnej mieszanki vinyasy z wieloma różnymi rzeczami, ale brakowało tam ugruntowania i właściwie nie miało to sensu. To znaczy, to też jest w porządku. Ale kiedy w końcu odkryłem istotę metody Mysore, tylko jej przekazywanie miało dla mnie sens.

Czy to się też zbiegło z postępem w twojej własnej praktyce asan? Zauważyłeś jakieś wyraźne zmiany?

Właściwie tak. Nie wiem, czy to był jakiś wielki postęp, ale zauważyłem, że przestałem robić po prostu to, co mi dobrze idzie. Bo robienie ustalonej sekwencji oznacza, że musiałem robić też rzeczy, które nie idą mi dobrze.

Czyli miałeś mniejszy wybór?

Tak. Było to bardzo interesujące, bo był to dla mnie rodzaj potwierdzenia. Pomyślałem sobie: „Kurczę, to naprawdę działa!”. Wcześniej joga – w rozumieniu praktyki asan – oznaczała dla mnie poprawianie tego, w czym i tak jestem dobry. Stajesz się zdrowszy w takim wymiarze, w jakim już jesteś zdrowy. Ta metoda pozwoliła mi zmierzyć się z tym, w czym nie jestem dobry, zobaczyć te obszary, które nie były zrównoważone. I to sprawiło też, że dążenie do równowagi stało się mi bliższe. Pewne rzeczy się zmieniły.

To wszystko dotyczy pracy w asanach, ale zmiany zaszły także w innych obszarach mojej praktyki, chociażby w kwestia jej stałości. Zrozumiałem, że jeśli sam decyduję, kiedy chcę praktykować i będę to robić tylko wtedy, kiedy dobrze się czuję, to z pewnością nie zawsze będę ćwiczyć. Natomiast jeśli praktykuję niezależnie od tego, wtedy okazuje się to dużo bardziej zrównoważoną sytuacją. A w pewnym sensie docierasz do najbardziej wartościowych rzeczy właśnie wtedy, kiedy nie bardzo masz ochotę na praktykę. Wtedy dzieją się najciekawsze rzeczy.

Jako że rozmawiamy o wyborach i ich ograniczaniu, myślę, że jest to dobry moment, żeby zacząć dyskusję o dogmatach i dyscyplinie. Twój warsztat na Festiwalu Jogi w Toronto nosił tytuł Dogmat i dyscyplina. Przyznałeś wtedy, że ten tytuł może ludzi odstraszyć! Jestem ciekawa, jaki był twój stosunek do tych pojęć zanim zająłeś się Ashtangą i jak on się zmienił po poznaniu Ashtangi?

To ciekawe… Jedna rzecz zawsze tutaj wychodzi, a mianowicie, że mój ojciec, zanim poślubił moją matkę, był księdzem (śmiech). Ale ja nie byłem wychowywany po katolicku.

Więc był katolickim księdzem?

Tak, był katolickim księdzem, ale porzucił kapłaństwo, a potem poznał moją mamę. Ale pomimo, że ja nie byłem wychowywany w wierze katolickiej, pozostaje faktem, że w rozumieniu katolickim dogmat oznacza w gruncie rzeczy zasady. Pojęcie to można jednak rozumieć także jako wiarę bez dowodu. To są dwie różne interpretacje czy definicje tego słowa. Myślę, że miałem na myśli obydwa znaczenia, ponieważ z każdą tradycją wiąże się mnóstwo zasad. Taka jest istota tradycji. I wiele z tych zasad może wydawać się dogmatycznych, ponieważ nie możemy tak od razu ich z czymś połączyć. Wydaje się, jakbyśmy robili coś tylko ze względu na tradycję. Ale myślę, że jest w tym coś jeszcze. Jest moc w tym, że decydujemy się szanować daną tradycję, niezależnie od tego, czy od razu do końca ją rozumiemy. Zrozumienie może przyjść później, z czasem. Przynajmniej takie było moje doświadczenie.

I wtedy zahacza to także o wiarę.

Zgadza się, jest śraddha, czyli wiara, która jest niezbędna w każdej praktyce duchowej. W jodze jest to coś, co pozwala ci przetrwać. Nie przerywasz praktyki nawet wtedy, gdy masz wątpliwości. A byłoby dziwne, gdybyś ich nie miał.

Jakie są efekty tego dogmatyzmu? Jaki wpływ wywarł on na twoją praktykę?

Jestem bardzo zadowolony ze swojej praktyki. Cieszę się, że przekazano mi tę tradycję. Ona naprawdę dodaje mi dużo sił. Wszystko, co się pojawia, każde pytanie, wątpliwość, nawet kontuzja, są dla mnie elementami procesu, przez który przechodzę. Praktykuję i obserwuję, jak to się stale rozwija. Obecnie dogmatyczność przede wszystkim przejawia się w moim uczeniu. Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat naprawdę udało mi się stworzyć w Toronto środowisko tradycyjnej Ashtangi i wiele razy zdarzało mi się już w rozmowach przekonywać ludzi o wartości dogmatu i zasad w praktyce jogi. Początkowo może być trudno zrozumieć, dlaczego powinieneś praktykować nawet wtedy, kiedy nie masz na to ochoty. Bo dlaczego właściwie mam to robić, jeśli to takie trudne? Mówiąc trudne, nie mam na myśli jakiegoś wyzwania, ale raczej takie sytuacje, kiedy jesteśmy okropnie zmęczeni, bo spaliśmy tylko 3 godziny, więc dlaczego mielibyśmy wstać rano, żeby ćwiczyć? Albo pytanie siebie, dlaczego joga miałaby być priorytetem w sytuacji, kiedy mamy inne zobowiązania odciągające nas od jogi?

Myślisz, że w ludzkiej naturze leży odrzucanie dyscypliny, jeśli się kłóci z łatwiejszymi opcjami? To zresztą prowadzi do mojego kolejnego pytania, nawiązującego do czegoś, o czym Shyam Ranganathan, tłumacz Jogasutr Patańżalego, wspomniał w swoim wykładzie na festiwalu. Mówił on o tym, że aby zmienić swoje życie, trzeba podjąć decyzje radykalnie odbiegające od tego, co dotąd znaliśmy. W przeciwnym wypadku nie ma mowy o zmianie położenia na nowe. Dlatego, jeśli szukamy transformacji poprzez jogę, niewątpliwie jedyną drogą jest zaangażowanie się w praktykę, która jest odejściem. Zgodziłbyś się z tym?

Tak, i trzymać się jej nawet wtedy, kiedy wydaje nam się to niemożliwe albo kiedy wszystko wokół mówi nam, że nie powinniśmy sobie tym zawracać głowy. Ludzie najczęściej myślą, że wolność to odpuszczanie sobie. Ale wolność, której doświadczamy w jodze, jest inna. To raczej dyscyplina. Dyscyplina wolności to narzędzie, które pozwala nam zdobywać nowe lądy. Wydaje się to sprzeczne z intuicją, ale jeśli będziemy bardzo uważni i niesamowicie skupieni, zdobędziemy dostęp do tego nowego, przestronnego miejsca, które może dać nam wolność.

Czy masz jakieś sposoby, żeby pomóc zrozumieć tę potrzebę dyscypliny uczniom, którzy jej nie widzą? Jako nauczyciel musisz często spotykać się z oporem wobec dyscypliny. Czy w związku ze specyfiką metody, którą uczysz, są jakieś sposoby wprowadzania uczniów w tę dyscyplinę, takie, żeby ich nie zrazić?

Piękno metody Mysore tkwi właśnie w możliwości zastosowania indywidualnego podejścia do każdej osoby. Na różnych ludzi działają różne kombinacje pozwalające do nich dotrzeć. Jednym trzeba się przypochlebić, inni wręcz domagają się dyscypliny. Tak naprawdę mogę robić, co w mojej mocy, żeby im to ułatwić, ale to i tak nie będzie proste. Wręcz przeciwnie. Dlatego staram się zbudować autentyczną, osobistą relację z każdym uczniem i przekazać im wszystko to, co sprawdziło się u mnie.

Dodatkowo wspólna praktyka w jednej sali ma dużą siłę oddziaływania. Byłoby mi dużo trudniej kogoś przekonać, gdyby był sam jeden w pustej sali. A tak ludzie widzą, że to działa także u innych.David Robson asystuje Annie Chao w pozycji Tiriang Mukhottanasana, fot. Rebecca Markey

 

Zgadza się, w ilości siła. A co tobie osobiście przyniosła wierność określonej tradycji czy linii przekazu? Myślisz, że ta przemiana, której doświadczyłeś, mogłaby zajść także wtedy, gdybyś odwoływał się do innej tradycji?

Nie sądzę, by skuteczność Asthangi umniejszała skuteczność innych tradycji. Ta ścieżka na pewno działa, ale nie jest jedyna. Wiem, co dała mi Ashtanga, ale nie wiem, czy inna ścieżka nie dałaby mi tego samego. Dla mnie zaczęło się od ciała i to ukierunkowanie na ciało dało mi świetny cel skupienia uwagi. Ale też pozwoliło mi skierować się do wewnątrz, ponieważ ciało jest łatwo uchwytne, a mój stosunek do niego, jak wspominałem, był dosyć lekceważący. Patrząc z perspektywy czasu widzę, że szukałem tych „przeżyć szczytowych” nie wiedząc, co to właściwie oznacza.

W gruncie rzeczy myślę, że nauczyło mnie to brać na siebie odpowiedzialność, być uczciwym człowiekiem, żyć zgodnie ze swoją dharmą. Próbować zrozumieć, co jest moją dharmą, jakie mam obowiązki do spełnienia, a następnie uznać je i spełniać je najlepiej, jak potrafię. Być może każdy tak właśnie postępuje, ale ja tak kiedyś nie robiłem.

Nie jestem pewna, czy ludzie w swoim codziennym życiu są przywiązani do koncepcji dharmy…

Myślę, że niektóre osoby, które nie zajmują się jogą, mają tę świadomość, nawet jeśli nie określają jej świadomie jako „dharma”. Ashtanga zadziałała na mnie właśnie w ten sposób. Dała mi strukturę, w ramach której mogę pracować. Narzucona sobie dyscyplina daje pole do wspierania i rozwijania takich rzeczy jak rodzina, szczere związki z innymi ludźmi. Twoja praktyka nie będzie dobra, jeśli nie angażujesz się w uczciwe związki. Powinniśmy się pobierać, mieć dzieci, poświęcać się rodzinie i służeniu drugiemu człowiekowi. I nawet jeśli wcześniej też robiłem te rzeczy, nie robiłem ich dobrze, ponieważ nie było to w pełni świadome.

Niedawno urodziło ci się dziecko. Czy liczysz na to, że twoje dziecko pójdzie w twoje ślady i zajmie się jogą?

Mam dwoje dzieci. Moja dwudziestoletnia córka mieszka ze mną, pracuje w naszej szkole jogi i praktykuje codziennie. Więc naprawdę mam szczęście!

To już jedno odhaczone (śmiech)!

Tak, bo przecież mogło się różnie potoczyć. Czy uda mi się przekonać oboje? Nie wiem. Jestem też weganinem, więc co będzie, jeśli dzieciak zapragnie hamburgera?

Właśnie! (śmiech)

Cóż, ja wierzę w dyscyplinę. Więc na tyle, na ile mi się uda, będę próbował przekonywać moje dzieci do moich sposobów, ale będę używał przyjemnych metod!

Sprawdzę to za 20 lat (śmiech)! Chciałam jeszcze zapytać o pomoce. W tym stylu jogi nie używa się zupełnie pomocy, a w trakcie warsztatu wspomniałeś też, że wszelkie zbędne ruchy, jak wycieranie nosa czy czoła, poprawianie ułożenia dłoni itp., są wbrew tradycyjnej zasadzie bezruchu.

A czy nie tego samego uczono cię w tradycyjnym tańcu?

Tak, to było trudne.

Ale to pozwala na dużo większe skupienie, prawda? Wiąże naszą uwagę.

Myślę, że tak. Mnie właśnie w tym pomogło. Teraz może nawet lepiej sobie zdaję z tego sprawę, niż wtedy, bo zaczęłam tańczyć w bardzo młodym wieku.

Ale zostało to w ciebie wdrukowane.

Gdzieś to tam siedzi. Chciałam Cię zapytać jeszcze o jedną rzecz, o której mówiłeś na warsztatach, a mianowicie, że kiedy jesteśmy w asanie, nie powinniśmy myśleć o doznaniach płynących z ciała. Jak trudne może to być dla kogoś, kto ćwiczy Ashtangę po raz pierwszy?

Za pierwszym razem z pewnością będzie bardzo, bardzo trudne.

Jakie korzyści według ciebie płyną z niemyślenia o doznaniach płynących z ciała?

Musimy być tutaj precyzyjni. Kiedy mówię „nie myśl o odczuciach”, nie wykluczam świadomości ciała w asanie. Chodzi o to, że asana wytwarza pewne odczucia w ciele i w pewnym sensie o to nam chodzi. Wchodzimy w pozycję po to, by je wywołać. Ale nie chcemy wikłać się w reagowanie na te odczucia.

Rozumiem.

Obserwujemy ten proces i identyfikujemy się raczej z obserwatorem, niż z procesem.

A efektem tego jest…

Przede wszystkim wzmacniamy własną identyfikację z obserwatorem. Po drugie, stwarzamy przestrzeń, w której mogą zaistnieć inne zdarzenia i opóźniamy naszą reakcję na nie. A to opóźnienie może być bardzo przydatne (śmiech).

Rodzaj znanego od dawna ekranu ochronnego?

Tak, właśnie o to chodzi.

Ucząc w stylu Mysore dajesz różnym osobom różne wskazówki. W jaki sposób określasz potrzeby danej osoby?

W tej praktyce piękne jest to, że w ramach swojej struktury wciąż pozostawia ona przestrzeń dla interpretacji. Moją siłą w przekazywaniu tradycji jest ścisłe trzymanie się jej. Na podstawie własnego doświadczenia niewiele mogę do niej dodać (śmiech), więc staram się jak najlepiej przekazać to, jak ja ją zrozumiałem, kiedy mnie uczono. Ale różne ciała i różne osobowości potrzebują nieco innych instrukcji, wskazówek, zachęt czy rad. A ponieważ tutaj uczymy „jeden na jednego”, można dać danej osobie to, czego ona konkretnie potrzebuje. Niektórym trzeba sugerować hamowanie się w praktyce, innych trzeba częściej zachęcać do koncentracji, a jeszcze inni zupełnie odwrotnie: potrzebują przypominania o rozluźnieniu się.

Więc twoje wskazówki zależą od twojej spostrzegawczości i kontaktu z uczniami, tak?

Tak, moim celem jest, żeby wszyscy ostatecznie doszli do tego samego miejsca, ale każdy ma inny punkt startowy. Więc jeśli ktoś jest na zachód od środka, a ktoś inny na północ, to tej osobie z północy trzeba powiedzieć, żeby zmierzała na południe, a tej z zachodu, żeby szła na wschód. Staram się, żeby wszyscy szli w kierunku środka.

Rozumiem. Ale zastanawiam się, jaką rolę odgrywa podejście do danej osoby w zależności od jej predyspozycji psychicznych?

Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić. Na pewno coś takiego ma miejsce. Ale mam wrażenie, że to trudne do opisania. To coś takiego, jak dostosowywanie sposobu komunikacji do osoby, z którą akurat rozmawiamy. To samo dzieje się podczas uczenia.

A jakie elementy dyscypliny wciąż stanowią dla ciebie wyzwanie w twojej własnej praktyce?

Trudne momenty to zderzenie się z granicami poświęcenia się tej praktyce. Ashtanga to praktyka dla osób, które mają rodziny. Idea jest taka, żeby ćwiczyć rano, a potem wracać do normalnego życia i wykorzystywać to, co niesie praktyka, żeby dawać szczęście ludziom wokół ciebie i w pełni przeżywać swoje życie. Ale im więcej ćwiczysz, tym mniej chcesz przestawać, a bardziej pójść jeszcze głębiej… i oczywiście poświęcać coraz więcej czasu na praktykę (śmiech). Ja na przykład co roku próbuję zaciągnąć moją rodzinę do Indii, żebym mógł się tam uczyć. A tutaj codziennie wstaję o 3 rano i ćwiczę, a potem prowadzę zajęcia od 6. Także zawsze gdzieś upycham własną praktykę. Wstaję rano dla praktyki i to jest mój czas, ale jest on ograniczony. Moja praktyka daje mi zatrudnienie, ale to także służba. Naprawdę lubię uczyć, ale to zabiera mi czas, który mógłbym poświęcić na praktykę. Rzecz w tym, że to dwie różne sprawy. Ale nie uważam, że powinienem rzucić wszystko i oddać się wyłącznie praktyce. To byłby rodzaj narcyzmu.

David Robson

Rozumiem.

Joga musi być użyteczna i pozostawać w harmonii z resztą życia. Obecnie moją dyscypliną jest stosowanie jogi w życiu, a nie pozwalanie, by joga zabrała mi całe życie (śmiech). Chcę przez to powiedzieć, że joga powinna być dla nas jak pisanie na maszynie. Uczymy się pisania na maszynie po to, żeby napisać książkę, a nie po to, żeby pisać na maszynie (śmiech). Ale czasami naprawdę mam obsesję na punkcie „pisania na maszynie”!

(Śmiech) Myślę, że to dosyć częste u osób, które podejmują jakikolwiek rodzaj praktyki. Niebezpieczeństwo obsesji na punkcie środków.

Właśnie. Nie wiem, czy to ma związek z dyscypliną, ale… bardzo lubię też piwo! (śmiech) Mam wolne tylko w pełnię i nów księżyca, co wypada raz na dwa tygodnie i jestem wtedy tak zmęczony, że jestem w stanie wypić tylko jedno piwo i zasypiam. Ale naprawdę lubię piwo. To chyba faktycznie kwestia dyscypliny.

Nie wiem, czy jest sens zadawać następne pytanie, ale i tak to zrobię: czy można angażować się w dogmatyczną praktykę i nie być dogmatyczną osobą?

Tak, myślę, że osoby szczerze trzymające się jakiejś praktyki, która nie jest dogmatyczna, musiały dotrzeć do niej poprzez dogmat. Dogmatyczna praktyka może rozwinąć się w prawdziwie wolną praktykę. To trochę jak z jazzem – najpierw musisz nauczyć się grać. Nie możesz tak po prostu usiąść i grać jazz, najpierw musisz opanować instrument. Każdy stosuje jakieś narzędzia, żeby dotrzeć do celu. Temu samemu służy dogmat. W pewnym momencie musisz się na coś zdecydować.

Na warsztatach, w których brałam udział, określiłeś ciało jako laboratorium. Na twoim obecnym etapie, po tylu latach zaangażowania w tę metodę, czy jest coś, co chciałbyś zmienić w swojej praktyce?

Moje cele stale się zmieniają. Przesuwają się, a ja je po prostu obserwuję, jak widz. W miarę nabierania sprawności robisz postępy w serii asan jogi Ashtanga, ale celem tego jest tylko utrzymanie cię w praktyce. I stale przychodzą momenty, kiedy pojawia się ściana i nie możesz iść dalej. W pewnym sensie to uczy pokory. Ale też sprawia, że pozostajesz wciąż zaangażowany, stale nad czymś pracujesz, ale też zawsze w pewnym sensie jesteś pokonany. Więc codziennie jestem troszeczkę pokonany.

To ciekawe, że można chcieć takiej relacje ze swoją praktykę! Ale jest to też zniewalające. Jestem ciekawa, dlaczego opisujesz to w ten sposób, bo chyba nie każdy chciałby tak to przedstawiać.

Według mnie jest w tym opisie coś bardzo prawdziwego. Na poziomie czysto fizycznym, na przykład potrafię stanąć na rękach – i co z tego? No dobra, może mogę dotknąć stopami głowy – i co? Co dalej? Wciąż idziesz naprzód, ale co z tego? Pustka, to nie prowadzi donikąd. Bo asany potrzebne są tylko jako przedmiot skupienia uwagi.

Moje cele dotyczą obserwowania ciała, tego, co ono w sobie kryje i co ujawnia w trakcie praktyki w sensie próby otworzenia się. Ale tak naprawdę głównym wyzwaniem jest skupienie i to jest dla mnie najtrudniejsze zadanie. Pozostać skupionym przez 5 oddechów to już jest trudne, a co dopiero przez półtorej godziny czy godzinę i 45 minut.

No cóż, zbierasz się i próbujesz znów.

Tak, próbuję wciąż na nowo.

 

David Robson jest nauczycielem jogi Ashtanga, który uzyskał autoryzację II stopnia od R. Sharatha z KPJAYI. Prowadzi szkołę w Toronto ucząc zgodnie z przekazem Shri K. Patthabiego Joisa: http://www.ashtangatoronto.com

 

Wywiad przeprowadziła Priya Thomas, autorka internetowego magazynu o jodze „Shivers up the Spine”. Artykuł pochodzi z tegoż magazynu: http://shiversupthespine.blogspot.com/2010/11/when-discipline-sets-you-free-beauty-of.html


Paweł Witkowski INTools