Purple Valley Yoga Retreat
Osoby w każdym wieku przyjeżdżają z całego świata do Purple Valley Yoga Retreat w Indiach, prowincji Goa, aby spędzić dwa tygodnie wakacji praktykując jogę ashtanga. Podczas rozmów z nimi, zauważyłam, że wszyscy zgadzają się co do jednego: teraz już nie wystarczy być po prostu turystą zwiedzającym obcy kraj. Nowym trendem są wakacje z jogą, gdzie najważniejsze są ćwiczenia - dla początkujących, bądź rozwijające dotychczasowe umiejętności, praca nad sobą i postrzeganie rzeczywistości, która została gdzieś tam daleko i priorytetów, z innej perspektywy. Wszystko to odbywa się w egzotycznym miejscu i dzięki temu sprawia wyjątkową przyjemność.
Ośrodek Purple Valley działa juz czwarty rok i oferuje wyjątkowy klimat, który łączy jogę, zdrowe jedzenie oraz wyciszające i uspokajające otoczenie. Ulokowane w bujnej dżungli, tylko kilka kilometrów od plaży i od miasta Mapusa. Ma się wrażenie, jakby PV była w innym świecie niż reszta chaotycznych Indii. Są tam jedno- oraz wieloosobowe pokoje, czyste, wygodne i urządzone ze smakiem, w sumie około 50 miejsc. Serwowane są trzy posiłki wegetariańskie dziennie, przede wszystkim wegańskie i surowe – lecz PV znana jest jako jedno z najlepszych miejsc, gdzie można zjeść dobry lunch na Goa. Personel jest pomocny i większość z osób pracujących, a przede wszystkim, zarządzających, ćwiczy jogę razem z gośćmi. Praktyka ashtangi prowadzona jest przez nauczycieli, posiadających autoryzacje KPJAYI .
Moja historia
Początkowo zamierzałam zostać w PV przez 2 tygodnie, chciałam potem poświęcić trochę czasu na zwiedzanie Indii, jednak skończyło się na przedłużaniu pobytu w ośrodku ze względu na niesamowitych nauczycieli, którzy się tutaj pojawiali. Tak wiec ćwiczenia jogi stały się moim priorytetem. Sezon rozpoczął się z Basią Lipską, która poprowadziła energetyczny warsztat w listopadzie. Rano odbywały się intensywne zajęcia, a popołudniu był jakby mini kurs nauczycielski, który pozwolił na głębsze zrozumienie praktyki. Basia jest fantastycznym nauczycielem, jednocześnie bystrym obserwatorem i doskonale wie jak zainspirować uczniów, aby ich zachęcić do ciężkiej pracy. Jednak gdy ktoś podchodził do intensywnej praktyki zbyt poważnie, potrafiła to przełamać i wyluzować swoich podopiecznych. Basia organizowała również zajęcia kreatywne, które pozwalały poczuć się naszej grupie, jak w rodzinie.
Następnie brałam udział w warsztatach Sharatha wraz z 80 bardzo silnymi i zaangażowanymi joginami. W pojęciu Saratha była to kameralna grupa, gdyż jego zajęcia w styczniu i lutym przyciągały do shali w Mysore ponad 300 uczestników. Każdego ranka rozsądzająca energia w Shali byla pompowana i powodowała, że ściany oddychały. Sharaht jako mistrz ceremonii potrafił utrzymać kontrole nad energia. To było zadziwiające jak doskonale to robił – był jednocześnie delikatny i łagodny, a jednak potężny i zdecydowany. Jego popołudniowe konferencje były skierowane na rozwój wewnętrzny i niezmiernie ciekawe było, gdy przytaczał anegdoty oraz opowiadał, na czym się koncentruje. Ashtanga staje się tak popularna, on przemierza świat i widzi coraz więcej uczniów. Niestety, widzi tez, ze ludzie zmieniają system, on pomaga uczyć tradycyjną metodą, przynajmniej w momencie, gdy oni nazywają jogę „Ashtanga” – niech będzie to tradycyjna jedyna i czysta metoda, a nie cos rozmytego.
To niesamowite pomyśleć jak długo i intensywnie Sharath poświęcał swoje życie dla tej metody, ja nawet zaczęłam się zastanawiać, czy kiedyś nie był tym przypadkiem znudzony, lecz potem przyglądałam mu się w akcji, jak świetnie radzi sobie z uczniami, jak bardzo wierzy w system, który prawidłowo wykorzystany będzie uzdrawiał. Jego dziadek opracował ten system i przekazał mu testamentem, dlatego Sarath wciąż wykonuje swoją misję, uczy i inspiruje ludzi do „praktyki po prostu”, a reszta przyjdzie sama w odpowiednim czasie.
Gdy Sharath wyjechał, Noah Williams, który pochodzi z miasta gdzie mieszkam, San Diego, przyjechał na następne 2 tygodnie. I znowu nastąpiła totalna zmiana energii i atmosfery, Noah to jeden z tych certyfikowanych nauczycieli, którzy spędzili mnóstwo czasu ucząc się u Guruji, posiada bogactwo wiedzy. Jego styl jest bardzo tradycyjny, powiedziałabym, ze nawet bardziej niż styl Sharatha. Przysłuchując się jego pierwszemu popołudniowemu wykładowi, juz wiedziałam że jestem w stanie dużo się od niego nauczyć i szczęśliwie pozostałam na jego warsztatach. Po intensywności, jaka wprowadzał Sharath, klimat u Noah był bardzo relaksujący i lekki, wyluzowany, niemniej jednak praktyka była intensywna, ponieważ cały czas zwracał nasza uwagę na oddech i dristi, Zauważyłam, że moje ćwiczenia zyskały na jakości, stały się dużo silniejsze, byłam w stanie zrozumieć wiele szczegółów, które w przeszłości mogły umykać mojej uwadze.
Na koniec przyjechał Petri Raisanen z Finlandii, również tradycjonalista i posiadacz niezwyklej wiedzy z wielu lat praktyki. Podzielił się nią w książce o ashtandze (www.ashtangabook.com), w której niektóre szczegóły korygował sam Guruji i Sharath. Styl, który reprezentuje Petri jest bardzo spokojny i ugruntowany, pochodzi on z podstaw uzdrawiania, a jego korekty były jakby małymi sesjami terapeutycznego masażu. Żałuje, ze nie mogłam zostać z Petri przez cały miesiąc, jednak, niestety, przyszedł czas na powrót do domu.
Każdy nauczyciel był genialny w sposób właściwy dla niego, to rzeczywiście niesamowite, że oni wszyscy uczą tej samej metody jogi, wszyscy są bardzo tradycyjni w sposób, jaki nauczył ich Guru, Sri K. Pattabhi Jois, jednak każdy z nich posiada specyficzna energie i każdy warsztat, dzięki niej, zyskuje własny smaczek, unikalną atmosferę. Większość ashtangowców wyjeżdża do Mysore na kilka miesięcy, aby praktykować. Ja czuję się bardzo szczęśliwa, że miałam okazje uczyć się pod okiem tak wielu wspaniałych nauczycieli, a wszystko bez potrzeby wyjazdu z wygodnego ośrodka PV, który stal się moim domem na prawie 3 miesiące.
Jak się przygotować
Żeby odbywać praktykę w PV, dobrze byłoby poznać pierwsza serie Ashtangi, jednak nie jest to absolutnie konieczne. Goa jest miejscem nastawionym na turystów, więc ceny są tu dużo wyższe niż w innych regionach Indii. Bedzie potrzebna wiza, ubezpieczenie na podroż jest zawsze dobrym pomysłem, zastrzyki uodparniające nie są obowiązkowe, na miejscu jest wielu dobrych lekarzy, są też prywatne szpitale, jeśli wydarzyłoby się cokolwiek wymagającego ich pomocy. Moja rada – ogranicz swój bagaż, zabierz coś do opalania – kostium kąpielowy lub kąpielówki i kilka zmian ubrań, w których będziesz ćwiczyć jogę, poza tym wszystko można kupić na Goa, na lokalnych bazarach oraz od Hinduskich sprzedawców przechadzających się po plaży i próbujących wcisnąć ci wszystko od sukienek do okularów słonecznych. Zdecydowanie będziesz w stanie wypełnić walizkę niesamowitymi tutejszymi nabytkami, kupionymi w okazyjnej cenie.
Typowy dzień
Dzień zaczyna się o 5:30 dla uczniów zaawansowanych, którzy ćwiczą na zajęciach Mysore. O 7.00 – grupa początkująca zaczyna zajęcia prowadzone. I gdy praktycznie cala Goa budzi się, my jogini jesteśmy juz po wykonaniu naszej dziennej pracy i relaksujemy się zajadając przepyszne śniadanie przygotowane z tropikalnych owoców i hinduskiej chai (herbaty). Niewiele później rozpoczyna się pora lunchu, i znowu jemy, udzielamy się towarzysko i wylegujemy podczas gdy godziny mijają. Wiele osób wybiera rozpieszczanie masażami w ajurwedyjskimi bądź upiększającymi zabiegami w spa, inni spędzają czas na basenie, czytając dobre książki ze szklanka świeżego soku, albo po prostu na popołudniowej drzemce. Jest wiele możliwości spędzania wolnego czasu na poza ośrodkiem: zakupy, restauracje, no i oczywiście plaże. Ale tak naprawdę nie ma takiej konieczności opuszczania Purple Valley. Nierobienie zbyt wiele ma tutaj wyjątkowy sens.
Popołudniowe zajęcia prowadzone i wykłady umożliwiają uczniom na każdym poziomie zaawansowania, pogłębienie ich wiedzy z zakresu Ashtangi, pranayamy (oddychania) i medytacji. Po nich zaczyna się kolacja, przy której jeszcze raz zachwycamy się wspaniałością jedzenia. Czasami wyświetlają jakiś film albo jest pokaz tradycyjnych hinduskich tańców, jednak większość czasu spędzamy na rozmowach z nowymi przyjaciółmi: o życiu, naszych przeżyciach w ciągu dnia i oczywiście o jodze. Nocne życie nie trwa zbyt długo, bo większość z nas wraca do pokoi około 9 wieczorem, aby wcześnie rano wstać i powtórzyć wszystko następnego dnia.
Poza jogą
Goa słynie ze swojej linii brzegowej pełnej tropikalnych plaż, na które przyjeżdżają Hindusi i mieszkańcy innych krajów, przede wszystkim podczas sezonu trwającego tutaj od listopada do kwietnia (tak się składa, że to świetny czas na ucieczkę od ponurej pogody w Polsce). Hipisi z całego świata przyjechali na Goa w latach 60-tych i wielu z nich nigdy stad nie wyjechało – tworząc odjazdowa europejska atmosferę. Uczynili z Goa swój dom: otwierając kawiarnie, restauracje, hotele, albo żyjąc ze swojej sztuki: sprzedając biżuterię, ubrania lub rękodzieła, wiele z tych dzieł można znaleźć na słynnym bazarze Anjuna w środy. Jest tu również młodsze pokolenie hippi, które przybyło na dzikie transowe imprezy w latach 90-tych. I mimo ze świętowanie ostatnio przybrało łagodniejszą formę, Goa jest wciąż miejscem znanym jako imprezowe. Gdy przychodzi piątkowy wieczór, większość z nas joginów wybiera się trochę pobalować, wykorzystując możliwość wyspania się w sobotę rano i obijania się potem przez cały dzień na plaży.
Najlepszym sposobem, by obejrzeć Goa i dobrze współgrać z otoczeniem jest jazda na skuterze. Wypożyczenie to koszt ok. 15 zł dziennie i naprawdę jest to cena warta wolności, jaka daje taki pojazd. Chociaż nie polecałabym nauki jazdy na skuterze właśnie tutaj, drogi są wąskie, w bardzo złym stanie, a ruch na nich jest szalony: samochody, skutery, rowery, krowy, psy i piesi – to jak gra komputerowa, podczas której próbujesz robić uniki by przemknąć, gdy już następna przeszkoda wyskakuje na ciebie. Lecz jeśli dobrze radzisz sobie na skuterze, to doświadczenie może być całkiem ekscytujące, a po paru dniach staje się dla ciebie w zasadzie normalne.
Paradoks Indii
Na początku zastanawiałam się, czym to miejsce będzie przyciągać? Jest tu gorąco i potwornie wilgotno, poza tym ulokowane jest w centrum dżungli. W pewnym sensie podupada, wydaje się zanieczyszczone, jak zresztą całe Indie. Przeżywam lekki atak serca codziennie po prostu jadąc drogą. Nic nie odbywa się tu zgodnie z terminami, zdarza się wiele awarii prądu i planowanie czegokolwiek jest w zasadzie niemożliwe, a prawdopodobieństwo zmiany oryginalnego planu jest znacznie większe niż prawdopodobieństwo braku zmiany, po prostu plany są zmuszane do zmiany. Lecz z czasem zaczynam rozumieć, że to jest cześć procesu poddania się temu, co ma się stać. Tutaj królem jest chaos, i im wcześniej to zaakceptujesz, tym mniej będzie cię to kosztowało nerwów i bezsensownej walki. Znajduje podobieństwo pomiędzy Indiami i praktyka jogi, jeśli poddasz się jej (trudne do wytrzymania godziny zajęć, ból i pot) i pozwalasz płynąć, otwierasz się na magie. Indie to niesamowity nauczyciel cierpliwości i podążania z prądem, to samo można powiedzieć o ashtandze.
Spojrzenie wstecz na doświadczenia
Nawet w powolnym tempie życia jakie tutaj panuje, czas zleciał bardzo szybko. Szczerze - zdecydowanie mogłabym spędzić tutaj jeszcze kilka miesięcy. Większość osób przyjeżdża tu bez innych oczekiwań niż to, by wzmocnić i poprawić swoja praktykę i bez wątpienia to osiągają, a po drodze nabierają głębszego spojrzenia na siebie i może nawet rozwijają kilka nowych zdrowych nawyków. Wielu podejmuje zobowiązania, że będzie ćwiczyć ashtangę codziennie, inni planują udział w kursach nauczycielskich w celu pogłębienia wiedzy. Nawet ci, którzy przyznają, że będą leniwi po powrocie do domu, mogą zdecydowanie powiedzieć, ze przeżyli przeobrażenie. Ma tu początek wiele przyjaźni, to rodzaj wakacyjnego koleżeństwa, oparty na wspólnym dzieleniu się doświadczeniem i nadzieja na ponowne spotkanie może w innym miejscu, a może w Mysore.
Oczywiście jest wielu nauczycieli prowadzących warsztaty jogi na całym świecie, i coraz więcej z nich przyjeżdża do Polski, jednak wyjazd do Indii, skąd wywodzi się joga, jest naprawdę wyjątkowym doświadczeniem. Upłynie trochę czasu zanim się do miejsca przyzwyczaisz, jednak niezauważalnie wszystko zaczyna mięć sens i potem czujesz się jak u siebie w domu. Basia juz zaplanowała warsztat w PV na listopad 2010. Ciekawa też jestem, kto jeszcze poprowadzi zajęcia tutaj w następnym sezonie. Zapraszam, abyście się zapisywali na jeden warsztat u jednego nauczyciela i zobaczymy, czy wy również opóźnicie powrót z raju o kilka miesięcy...?


