Tak zwana tradycja asztangi | Ashtanga Yoga

Tak zwana tradycja asztangi

Chad Herst.jpeg
Autor: 
Chad Herst
Tłumaczenie: 
Ania Grabara

Zauważyłem, że wraz z upływem lat, w miarę jak metoda nauczania asztangi pochodząca z Mysore zdobywa coraz większą popularność, dezintegracji ulega osobista relacja pomiędzy nauczycielem a uczniem. Metoda, która w pierwotnym założeniu miała być zindywidualizowana, coraz częściej wypierana jest przez podejście przykładające jedną miarę do wszystkich.

Stanowi to naturalną konsekwencję tego, jak rośnie rzesza ludzi, którzy poznają tę metodę i których ona porusza. Niestety, w ten sposób utracona zostaje idea podejścia z Mysore, które w swojej istocie uwzględnia indywidualne cechy każdego ucznia, takie jak jego budowa, ciało, emocje, poziom rozwoju osobistego, kultura itp. Problem polega na tym, że w miarę jak joga staje się coraz bardziej popularna, jej praktyka przekształca się w coś, co odcina ucznia od jego własnej mądrości. W świecie asztangi, tę zmianę nazywa się „tradycją”. Chciałbym jednak wysunąć postulat, że nie ma w tym nic tradycyjnego. W rzeczywistości jest to nowy niekorzystny efekt popularności jogi. Jeśli wciąż będziemy oddzielać wrodzoną mądrość naszych uczniów od ich praktyki, joga w stylu Mysore stanie się praktyką wyłącznie dla wybrańców.

W przeciwieństwie do zajęć prowadzonych, styl Mysore daje możliwość zbudowania relacji między uczniem a nauczycielem, dzięki czemu można dostosować praktykę do potrzeb ucznia, a nie odwrotnie. W trakcie zajęć prowadzonych, ogólnie rzecz biorąc, nauczycielowi trudno jest pracować indywidualnie z każdym uczniem, ponieważ musi utrzymywać tempo i płynność pracy całej grupy. Styl Mysore jest odpowiednikiem zajęć indywidulnych z dodatkową pomocą energii grupy. Innymi słowy, uczeń ma szansę skorzystać zarówno z intenstywności zajęć grupowych, jak i wskazówek i wsparcia nauczyciela. Moment, w którym uczeń poczuje się w swojej własnej praktyce jak u siebie, jest jak powrót do domu. Zarówno relacja z nauczycielem, jak i z całą grupą, stanowią ostoję i wsparcie w dążeniu do osiągnięcia stanu jogi, niezależnie od tego jak każdy z uczniów definiuje to słowo.

Przełomy

Obserwując świat asztangi przez wiele lat, zauważyłem, że joga coraz częściej oznacza opanowanie asan, a nie osiągnięcie stanu jogi. Celem jogi stało się zaplecenie rąk w marichyasanie d po to, by móc pójść dalej w pierwszej serii, czy też wstanie z mostka, by móc przejść do drugiej serii. Szczerze mówiąc, tego rodzaju kamienie milowe niewiele wnoszą. Wiele osób nigdy nie będzie mogło zapleść rąk w marichyasanie d, ponieważ nie pozwala im na to ich budowa. Często dochodzi więc do tego, że osoby takie poświęcają swoje kolana za cenę wejścia w pozycję. Marichyasana d prowadzi wtedy do uszkodzenia łękotki przyśrodkowej. Podobnie, próby wstania z mostków stają się nieraz przyczyną urazów pleców. Efektem dążenia do opanowania asan są trwałe kontuzje spowodowane powtarzalnym nadwyrężaniem. Jak mawiał Pattabhi Jois: “Dobra joga przynosi zdrowie, zła joga przynosi brak zdrowia”. Jak widać, mamy tu do czynienia ze złą jogą.

W środowisku praktykujących asztangę powstał mit mówiący o tym, że jeśli przetrzymamy ból, mamy szansę doświadczyć przełomu w praktyce, przez miłośników tej metody zwanego także „otwarciem”. Jeśli ktoś mówi o takim „otwarciu”, ma na myśli, że udało mu się wykonać dotąd nieosiągalną pozycję, ponieważ coś się otwarło lub puściło. Większość takich „otwarć”, które oglądałem przez lata, to urazy od powtarzalnego nadwyrężania ciała wynikającego z jawnego ignorowania sygnałów ciała, które mówi, że to, co robimy, jest bolesne. Muszę przyznać, że staję w opozycji do wielu tzw. „tradycyjnych” praktykujących, mówiąc, że nie wierzę w tego typu otwarcia. Przez wiele lat chciałem wierzyć. Wielokrotnie mówiłem sobie i moim uczniom, że ból, którego doświadczają, jest tylko otwieraniem się, widziałem już jednak wystarczająco dużo takich „otwarć”, by przekonać się, że koncepcja ta jest wyłącznie życzeniowym myśleniem.

Kiedy w 1993 roku byłem po raz pierwszy w Mysore, widziałem, jak mój przyjaciel z Nowej Zelandii doznał urazu w janusirsananie c. Z powodu całkowitego zerwania więzadła pobocznego jego pobyt w Mysore skrócił się z trzech miesięcy do miesiąca. To, co mnie uderzyło odnośnie tego konkretnego przypadku, to że mój przyjaciel uskarżał się na ból kolana. Wielu wybitnych praktykujących i wiele osób ze środowiska radziło mu wtedy, by nie przestawał przeć do przodu, ponieważ w końcu nastąpi przełom. Zniechęcano go w ten sposób do uznania sygnałów pochodzących z jego własnych receptorów bólu, które mówiły mu, że kolano jest w niebezpieczeństwie.

Asztanga jest rygorystyczną praktyką i niestety kontuzje czasami się zdarzają, jednak zamiatanie problemu pod dywan stwierdzeniami typu: „och, po prostu ci się otwiera”, jest jak przykrycie kupy lodami i wmawianie nam, że to przecież lody, więc możemy je śmiało zjeść. Tak to wygląda, kiedy dla tradycji odrzucamy zdrowy rozsądek. Nie twierdzę, że potraktowanie doświadczenia bólu i urazu jako szansy rozwoju czy znalezienia wewnętrznej drogi nie bywa przydatne. Nasze kontuzje bywają nieraz naszymi najlepszymi nauczycielami. Chcę jednak powiedzieć, iż ból jest najczęściej sygnałem, że coś jest nie tak. W ten sposób przemawia do nas inteligencja naszego ciała. Przez wszystkie lata mojej praktyki i uczenia, rzadko było mi dane zobaczyć, by koncepcja przełomu wyszła komuś na dobre.

Tradycja

Wszyscy pragniemy pewności. Wydaje nam się, że jeśli oddamy się tradycji o tysiącletnim rodowodzie, jej mądrość doda nam otuchy w trudnych chwilach. W końcu jeśli spojrzymy na nasze współczesne życie w porównaniu z kulturami tradycyjnymi, widać, że pod wieloma względami jesteśmy bardziej samotni, wyobcowani i mamy większą skłonność do utraty poczucia sensu. Myślę, że ta potrzeba przylgnięcia do wielkich starodawnych tradycji, by poczuć się częścią czegoś większego, jest zupełnie naturalna.

Niestety, najczęściej spotykamy osoby chwytające się tradycji, które są dla nich czymś obcym czy “innym”, ale z którymi są w stanie zbudować jakąś więź, często jednocześnie odcinając się od siebie samych. Jedna z moich uczennic powiedziała mi, że gdy odkryła jogę i jej nauki, tak bardzo zakochała się w prawdzie słów, które słyszała, i w samej praktyce, że postanowiła zostawić swoje stare, samotne „ja” za drzwiami, aby całkowicie oddać się naukom jogi. W trakcie naszych późniejszych rozmów odkryła jednak, że w ten sposób odgrodziła się od jakieś części siebie samej, od mądrości i inteligencji, które rozwijała przed rozpoczęciem praktyki jogi. A także, że poprzez zostawienie swojego samotnego „ja” za drzwiami, odcięła się od części siebie, która również wymagała troski. Od czasu podjęcia tamtej decyzji, moja uczennica czuła się bardzo dobrze czytając i dyskutując o jodze, jak i praktykując ją, ale problemy zostawione za drzwiami nie dawały jej spokoju. W końcu, w wyniku kolejnych pytań, doszła do wniosku, że prawdziwym sprawdzianem dla jej praktyki było zastosowanie jej do tych samotnych i wyobcowanych części siebie, aby w ten sposób odkryć ich prawdziwą moc.

 

Pamiętam, że kiedy zaczynałem ćwiczyć jogę, istniało coś w rodzaju podziału na osoby ćwiczące jogę asztangę i jogę Iyengara. Można powiedzieć, że dla praktykujących jogę Iyengara my robiliśmy wszystko źle. Brakowało nam prawidłowego ustawienia i precyzji, a każdy z nas był narażony na kontuzje. My z kolei uważaliśmy, że to u nich wszystko było nie tak. Ich praktyka była nudna, statyczna i angażująca umysł. W miarę jak w ostatnich latach asztanga stawała się coraz bardziej popularna, zauważyłem, że podobny podział istnieje wewnątrz samej metody: albo ćwiczysz zgodnie z tradycją, albo nie. Koncepcja „tradycyjności” tej metody jest nowym wynalazkiem. Do niedawna po prostu nie istniała. Nie chodzi o to, że metoda nie była dokładnie określona. W rzeczywistości była określona już wtedy, ale ponieważ sala w Mysore była tak mała, każdym uczniem zajmowano się w niepowtarzalny sposób. Wielu starych uczniów Gurujiego, w tym ja, opowiada o tym, jak Guruji jednej osobie mówił o danej asanie, czy całej metodzie, jedną rzecz, a po chwili całkowicie temu przeczył rozmawiając z kimś innym.

Pomysł, że metoda ta jest w jakimś sensie monolityczna, starożytna, doskonała i precyzyjna to coś, w co chcielibyśmy wierzyć, ale co nie jest prawdą. Pattabhi Jois powiedział, że otrzymał owe nauki dokładnie w takiej formie, w jakiej je przekazywał, od swojego nauczyciela, Sri Tirumalai Krishnamacharyi, który z kolei nauczył się tej metody od swojego nauczyciela, Ramy Mohana Brahmacharyi, i tak dalej. Sugeruje to, że metoda ta w żadnym momencie nie została skażona i przez tysiące lat była w czystej formie przekazywana z pokolenia na pokolenie. System ten jest łączony z nieistniejącym już tekstem „Joga Korunta”, prawdopodobnie napisanym przez mędrca Vamanę Rishiego i przekazanego Krishnamacharyi przez Ramę Mohana Brachmachariego. W pewnym momencie historii tekst został spisany na liściach palmowych, które trafiły pod opiekę Pattabhiego Joisa i które, jak głosi legenda, zostały w jakiś sposób zniszczone przez owady. Cała ta historia buduje mit jakoby ten rodzaj praktyki jogi miał za sobą jakąś poważną historię, a jej przekazywanie pozostawało nieskażone od niepamiętnych czasów.

Tymczasem, drążąc głębiej pojęcie tradycji, natknąłem się na książkę pt. „Tradycja jogi pałacu w Mysore” („The Yoga Tradition of the Mysore Palace”) autorstwa N.E. Sjomana. Stawia on frapującą tezę, że system jogi, którego uczył Krishnamacharya, wywodzi się z połączenia gimnastyki z jogą. Autor wyciągnął takie wnioski przekopując zasoby królewskiej biblioteki w Mysore, gdzie uczył Krishnamacharya w czasie, gdy jego uczniem był także Pattabhi Jois. W początkach lat 30. XX. wieku Krishnamacharya otrzymał posadę nauczyciela w pałacu w Mysore, aby uczył chłopców Arasu, krewnych z żeńskiej linii rodziny królewskiej. Dzięki protekcji Nalvadiego Krishnaradży Woodeyara otworzył szalę, czyli szkołę jogi, którą prowadził aż do 1950 roku. Sjoman stawia bardzo ciekawą tezę, że Krishnamacharya nie tylko stworzył system asztangi, którego potem uczył Pattabhi Jois, gdy to on objął posadę nauczyciela w Mysore, ale również, że włączył on do tej metody elementy gimnastyki i indyjskich zapasów.

Zatem, nie tylko błędnym jest stwierdzenie, że system ten był przez tysiąclecia utrzymywany w niezmiennej formie, ale można wręcz argumentować, że został on w mniejszym lub większym stopniu stworzony w latach 30. ubiegłego wieku i że czerpie również ze źródeł pochodzących spoza tradycji samej jogi.

Z krótkiej historii asztangi, którą znamy z relacji pierwszych uczniów przybyłych z Zachodu, widać, że system ten od 1973 roku był w pewnym stopniu zmieniany. Pewne pozycje były dodawane lub usuwane, zmieniono czas pozostawania w pozycjach, nawet sekwencje uległy pewnym zmianom. Dzisiejsza trzecia seria jest tylko częścią starej sekwencji „Zaawansowanej A”, a kolejność pozycji też nie jest taka sama. Uczniowie, którzy opanowali pierwszą serię, przechodzili do drugiej bez stawiania im bariery wstania z mostka. Początkowo pranajamy uczono po opanowaniu pierwszej serii, później zaczęto uczyć jej dopiero po ukończeniu drugiej serii. Teraz przypuszczalnie uczy się pranajamy po ukończeniu trzeciej. Jeśli ktoś mówi, że praktyka asztangi przez stulecia pozostawała nienaruszalną świętością, nie mówi prawdy. Asztanga jest żywym, zmieniającym się zjawiskiem.

Nowa tradycja

W miarę jak kolejne pokolenie uczniów poznaje asztangę, metoda ulega przekształceniom i zmianom. Jeśli mówimy o „tradycyjnym” podejściu do praktyki, nie oznacza to wcale długiej historii, która za nią stoi. „Tradycja” oznacza natomiast to, czego obecnie, w danej chwili, uczy się w Mysore. W gruncie rzeczy to rodzina Pattabhiego Joisa określa, co jest „tradycyjne”. A jako że kaganek został przekazany wnukowi Joisa, Sharathowi, to on obecnie decyduje o tym, co jest tradycją.

Koncepcja bariery opanowania wstania z mostka przed przejściem do drugiej serii pochodzi od Sharatha. To tylko jeden z tak zwanych „tradycyjnych” elementów, które zostały dodane do praktyki niedawno, aby radzić sobie z napływem uczniów do Mysore. Dziś do Mysore przybywa tak wiele osób, że nauczyciel ma coraz mniej możliwości udzielania indywidualnych instrukcji każdemu uczniowi. Aby temu zaradzić, w każdy piątek i niedzielę oferowane są zajęcia prowadzone. Wcześniej, zanim Pattabhi Jois przeniósł swoją szalę z Lakshmipuram do nowej szkoły w Gokulam, zajęć prowadzonych praktycznie nie było. Ponadto, obecnie dużo większą wagę przywiązuje się do wygięć do tyłu. Obserwujemy, jak tradycja asztangi ulega kolejnej metamorfozie, a także wpływom napływających do niej ludzi, których przyciągnęła moc jogi.

Chcę przez to powiedzieć, że tradycja jest wynikiem pewnej umowy. Jeśli nie potrafimy tego dostrzec, mamy dużą szansę sobie zaszkodzić. Piszę te słowa, ponieważ praktyka asztangi i społeczność zgromadzona wokół niej wiele dla mnie znaczą. Bardzo nie podoba mi się kierunek, w którym – z tego, co widzę – zmierza asztanga. To, co przede wszystkim urzekło mnie w tej praktyce, to uznanie indywidualnych cech każdego ucznia. W interesie każdego praktykującego jest pielęgnowanie autentyczności i żywotności tej metody. Mnie osobiście zależy na tym, aby dalszy rozwój asztangi zmierzał w kierunku honorowania indywidualności uczniów, a nie w stronę  przykładania jednej miary do wszystkich pod sztandarem tradycji.

Paweł Witkowski INTools