Wywiad z Davidem Keilem | Ashtanga Yoga

Wywiad z Davidem Keilem

KEIL_3
Autor: 
Łukasz Przywóski

 

 

Zapraszamy do lektury wywiadu z Davidem Keilem. David jest autoryzowanym nauczycielem asztangajogi. Prowadzi warsztaty na całym świecie.  W czasie warszawskiego warsztatu David pokazał nam, jak przełożyć wiedzę anatomiczną na codzienną praktykę.

 

W jakich okolicznościach zainteresowałeś się jogą?

Można powiedzieć, że zagadnieniami kontrolowania umysłu zacząłem interesować się już w Liceum. Miałem czternaście lat, byłem leniwy, miałem problemy z koncentracją. Wszystko wskazywało na to, że obleję matematykę. Moja mama była nauczycielką matematyki. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Któregoś dnia trafiłem do księgarni, w której znalazłem książkę poświęconą autohipnozie, technikom medytacyjnym i wizualizacjom. Dzięki zastosowaniu tych technik udało mi się zaliczyć matematykę. Po raz pierwszy spotkałem się wtedy z koncepcją kontrolowania umysłu.

 

 

W wieku 17 lat zacząłem pracować na część etatu w wegetariańskiej restauracji, przez którą przewijało się wielu ciekawych ludzi. Poznałem chiropraktyka, zaprzyjaźniliśmy się, zacząłem uczyć się od niego Tai-chi i hathajogi. Przez około półtora roku od razu po obudzeniu się praktykowałem przez półtorej godziny  tai-chi a po południu hathajogę. Kiedy rozpocząłem studia moja praktyka stała się nieregularna, niemniej starałem się ją utrzymać.

Kiedy zacząłeś praktykować asztangę?

Po ukończeniu studiów doszedłem do wniosku, że nie chcę pracować w biurze od do.  Chciałem zostać akupunkturzystą, zapisałem się do szkoły masażu. Polubiłem tę pracę, mogłem pomagać innym. Równocześnie zacząłem odkrywać anatomię funkcjonalną. Kilka miesięcy po ukończeniu kursu masażu poproszono mnie o prowadzenie zajęć z anatomii. Na prowadzonych przeze mnie zajęciach pojawiła się dziewczyna praktykująca asztangę.  Bolały ją plecy. Zdecydowaliśmy się na wymianę umiejętności – w zamian za masaż, uczyła mnie asztangi. Dobrze się złożyło, bo od dłuższego czasu chciałem wrócić do systematycznej praktyki hathajogi.

Praktyka asztangi była zupełnym przeciwieństwem znanych mi sposobów praktyki asan. Moja nauczycielka kazała mi wciągać w czasie praktyki brzuch i wykonywać winjasy. Czułem się zmęczony ale od razu zakochałem się w tej formie praktyki.

Zacząłem uczyć ją anatomii, uznała, że robię to na tyle dobrze, że zaproponowała bym poprowadził warsztat dla jej znajomych praktykujących jogę. Na warsztatach poznałem kolejnych ludzi zainteresowanych funkcjonalnym spojrzeniem na anatomię. Jedna z uczestniczek  zorganizowała mi warsztaty w Anglii. Korzystając z okazji zapisałem się na dwutygodniowy cykl zajęć w stylu Mysore u Johna Scotta. Już na pierwszych zajęciach wiedziałem, że znalazłem nauczyciela.

Dlaczego?

Po pierwsze John ograniczał liczbę osób na zajęciach do ośmiu. Codziennie poświęcał mi bardzo dużo uwagi i, co najważniejsze, tłumaczył mi dlaczego określone rzeczy robi się tak, a nie inaczej. Często nauczyciele mówią uczniom, że powinni coś zrobić tak a nie inaczej, bo tak po prostu jest, nie starają się wytłumaczyć dlaczego. Wydaje mi się, że ludzie nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za to, co i jak mówią, co i jak robią. John w pełni przyjmuje odpowiedzialność za swoje słowa, zawsze potrafił mi wytłumaczyć niuanse praktyki i, równocześnie, zawsze nawiązywał do sposobu,  w jaki nauczał go Gurdżi. Gurudżi nie nauczał w dogmatyczny sposób. Dopasowywał styl nauczania do ucznia, a nie ucznia do praktyki. Niestety wiele osób powołuje się na Gurudżiego uzasadniając swój dogmatyzm i niechęć do samodzielnego myślenia.

Dlaczego postanowiłeś wyjechać do Majsuru?

Właściwie to John podjął decyzję za mnie. Powiedział, żebym pojechał do Majsuru. Chyba wyczuł, że traktuję praktykę poważnie. Po kolejnej wizycie u Johna, wyjechałem na dwa miesiące do Majsuru. Był 2002 r, Gurudżi uczył wtedy w starej szkole. Właśnie w tym roku Sharath zaczął prowadzić swoje zajęcia i przeważnie nie było go na sali. Można powiedzieć, że miałem Gurudżiego tylko dla siebie :)

Jak wtedy nauczał?

Przeważnie nie wykonywał korekt. Obserwował nas uważnie i, jeśli była taka potrzeba, poprawiał nas w określonych asanach. Dodatkowo codziennie pomagał każdemu z uczniów w zejściu do mostka z pozycji stojącej.

Kto jest twoim nauczycielem?

Moim zachodnim nauczycielem jest John Scott, moim wschodnim nauczycielem jest Gurudżi i Sharath. Można powiedzieć, że mój wschodni nauczyciel nauczył mnie znaczenia dyscypliny, oddania i tradycji. Z kolei mój zachodni nauczyciel odpowiedział na moje pytania, pozwolił mi lepiej zrozumieć praktykę. Doskonale się uzupełniają.

Jak łączysz te wpływy w swoim nauczaniu?

Staram się dopasować sposób nauczania do ucznia. Gurudżi powtarzał, że praktykę trzeba po prostu wykonywać. Nie można podchodzić do niej w przeintelektualizowany sposób.  Wydaje mi się, że w praktyce każdego przychodzi czas, kiedy należy po prostu skupić się na praktyce a nie na rozważaniach. Z drugiej strony uczniowie, którzy od dłuższego czasu powtarzają to, co im powiedziano, powinni w pewnym momencie zastanowić się nad tym i przemyśleć swoją praktykę. Zrozumienie praktyki, stawianie pytań są równie ważne.

Czy prowadzisz regularne zajęcia?

Nie. Kiedy nie podróżuję i jestem w Miami prowadzę pięciodniowe kursy zajęć w stylu Mysore. Obserwuję uczniów i staram się im pomóc, znaleźć właściwy sposób pracy z ciałem i wzorcami ruchowymi każdego ucznia.

Sprawa komplikuje się w czasie podróży. Można powiedzieć, że prowadząc warsztaty w innych szkołach w pewnym sensie wchodzę w czyjąś praktykę. Kiedy widzę uczniów wykonujących asany, których moim zdaniem nie powinni wykonywać nie zatrzymuję ich. Pozwalam im praktykować, chyba że widzę, że za chwilę zrobią sobie krzywdę.

Kiedy przyjeżdżam do szkoły prowadzonej przez innego nauczyciela na pięciodniowe warsztaty mam ograniczone możliwości. Są jednak rzeczy, na które mogę zwrócić uczestnikom warsztatów uwagę. Jeśli zrobię to dobrze zdarza się, że uczniowie sami postanawiają skrócić swoją praktykę albo rezygnują z wykonywania pozycji, na które nie są jeszcze gotowi.

Uczęszczając na zajęcia w stylu Mysore można odnieść wrażenie, że asztangę praktykuję wyłącznie ludzie sprawni fizycznie i zdrowi. Często osoby bardzo otyłe lub cierpiące na urazy stawów rezygnują po pierwszych zajęciach, praktyka onieśmiela ich albo sprawia im ból. Jestem ciekaw czy masz doświadczenie w pracy z osobami o ograniczonych możliwościach ruchowych?

Tak. Miałem kilku uczniów, którzy mimo trudnych przeżyć nie zrezygnowali z praktyki asztangi. Musieli ją po prostu dostosować do siebie. Pracowałem na przykład z mężczyzną, który miał tytanowe implanty w czterech dyskach, co w bardzo dużym stopniu ograniczało mobilność jego odcinka lędźwiowego. Z kolei John miał uczennicę ze złamanym kręgosłupem. Nie chciała zrezygnować z praktyki asztangi, mimo że wzdłuż jej kręgosłupa przebiegały stalowe pręty. Takie przypadki wymagają dużego wyczucia, są trudne nie tylko od strony fizycznej ale również emocjonalnej.

Zresztą, również w czasie warszawskich warsztatów miałem okazję wykonać ciekawą pracę z Leszkiem. Kilkanaście lat temu Leszek przeszedł operację stawu biodrowego, w jej następstwie mobilność stawu została znacznie ograniczona. Z upływem czasu doprowadziło to do przeciążenia stawu kolanowego, głównie poprzez rotację zewnętrzną podudzia, która skróciła czynnościowo kończynę. Skrócenie kończyny spowodowało rotację talerza biodrowego ku przodowi jako kompensacyjny mechanizm jej wyrównania, a to z kolei może spowodować przemieszczenie podstawy kości krzyżowej w kierunku tylnym i rotację ostatniego kręgu lędźwiowego.  Nie zagłębiając się w biomechanikę można smiało stwierdzić, że większość pozycji wymagających zgięcia i/lub rotacji stawu biodrowego stanowiło dla Leszka duże wyzwanie.

W czasie zajęć w stylu Mysore, korygując Leszka skupiłem się na rozmasowaniu mięśnia biodrowo-lędźwiowego. Dodatkowo zaproponowałem, by w czasie praktyki korzystał z kostek i skupił się przede wszystkim na rozluźnieniu bioder i zwiększeniu ich elastyczności. Dzięki systematycznej relaksacji mięśnia w czwarty dzień warsztatów Leszkowi udało się dotknąć kolanem do klatki piersiowej – po raz pierwszy od kilkunastu lat. Myślę, że jego przykład doskonale ilustruje terapeutyczne działanie inteligentnej praktyki.

Jaki jest związek miedzy nauczaniem a praktyką?

Nauczanie pomaga zrozumieć lepiej praktykę. Sposób nauczania często wynika z praktyki. Jeśli ktoś urodził się bardzo elastyczny i stanie obok osoby, która jest bardzo sztywna nie będzie w stanie zrozumieć, co dzieje się w jej ciele. Jestem szczęściarzem – kiedy zacząłem praktykować jogę nie była ani bardzo silny ani bardzo słaby, ani sztywny ani elastyczny.  Musiałem rozwinąć zarówno siłę i elastyczność. Dzięki temu mogę dzielić się  z innymi swoimi pomysłami.

Jak wygląda obecnie twoja praktyka?

Zasadniczo trzymam się tradycyjnych serii. Praktykuję głównie Pierwszą i Drugą Serię. John dał mi kilka pozycji z Trzeciej Serii, ale praktykuje je dość rzadko. Bardzo dużo podróżuję. Praktyka Trzeciej Serii wymaga stabilności, poczucia osadzenia - trzeba poświęcić jej dużo czasu. Może kiedy przestanę tyle podróżować skupię się na Trzeciej Serii.

Czy nauczasz pranajamy?

Nie. Kiedy uczniowie pytają mnie o techniki oddechowe pokazuję im czasem podstawowe ćwiczenia oddechowe.

Co myślisz o sekwencjach asan w seriach?

Serie asztangi w obecnej formie są wzorcem praktyki. Oczywiście zmieniały się z biegiem lat. W czasie mojego pobytu w Majsurze w 2002 r. zauważyłem, że Gurudżi nie nauczał początkujących ani pavritta-trikonasany ani pavritta-parśvakonasany. Najzwyczajniej w świecie pomijał te pozycje. Gurudżi dostosowywał serie do możliwości uczniów. Czy łamał zasady? Nie, po prostu je ustalał JJeśli przyjeżdżasz do Majsuru z kontuzją – można zrobić wyjątek. Jeśli czujesz, że za chwilę zrobisz sobie krzywdę również powinieneś odstąpić od reguły.

Widzę, że wraca temat niechęci do myślenia i wzięcia odpowiedzialności za swoje ciało. Jeśli w czasie praktyki własnej albo praktykując przed nauczycielem czujesz, że w kolejnej pozycji nadwerężysz sobie ciało a mimo to wykonujesz ją, bo wydaje ci się, że tak po prostu trzeba, zachowujesz się najzwyczajniej w świecie głupio.

Czy uważasz , że codzienna praktyka jest ważna?

Tak, zwłaszcza w okresie uczenia się serii. Praktykowanie trzy razy w tygodniu to za mało, żeby zrozumieć praktykę. Po kilku latach systematycznej praktyki można odłożyć całkiem sporo na koncie bankowym. John mowi tak o wytrenowaniu ciała. Nic nie stanie się, kiedy opuścimy jeden dzień czy dwa dni praktyki.

Z czasem zaczynamy rozumieć praktykę, i sposób, w jaki można ją dostosować do siebie. Właśnie tak robię, kiedy podróżuję – w przeciwnym razie nie miałbym siły na nauczanie.

Czym twoim zdaniem jest „prawidłowa” metoda?

Prawidłowa metoda to łączenie oddechu, driszti i bandh. Asany rzucają wyzwanie naszej umiejętności skupienia się na połączeniu oddechu, punktu skupienia wzroku i bandh.

Prawidłowa metoda nauczania polega na nauczaniu ucznia przez nauczyciela. Gurudżi uczył Nancy Gilgoff inaczej niż Davida Williamsa. Uczył ją asztangi w sposób właściwy dla Nancy Gilgoff JPoczątkowo w ogóle nie uczył jej winjas. To logiczne. Nancy była słaba, jeśli kazałby jej wykonywać winjasy nie miałaby energii na praktykę asan. Po nabraniu siły  zaczęła wykonywać winjasy. Metoda polega na nauczaniu uczniów takimi, jakimi są; na miarę ich możliwości. Docelowo staramy się przybliżać do wzorca praktyki czyli pełnej winjasy. To czy pełna winjasa służy praktykującym to już inna kwestia. Żeby praktykować ją codziennie, trzeba mieć odpowiednią budowę ciała i odpowiedni poziom energii. Niezależnie od tego u podstaw metody winjasy leży założenie, że każda pozycja zaczyna się od i kończy na Samasthitih.

Aby odtworzyć metodę nauczania Gurudżiego trzeba myśleć. Kiedyś w czasie jednej z konferencji padło pytanie, kiedy można rozpocząć nauczanie innych. Sharath odpowiedział, że podstawowym wymogiem jest dziesięć lat praktyki własnej, po upływie tego czasu nauczyciel powinien już być w stanie ocenić ucznia. Mówiąc o ocenianiu nie myślał o szufladkowaniu uczniów na dobrych i złych ale o umiejętności dostrzeżenia kim i jaki jest uczeń i nauczaniu go w oparciu o te spostrzeżenia. Nauczyciel powinien nauczać ucznia stosownie do jego możliwości. Nie widzę sensu w zmuszani kogoś do wykonywania trudnych pozycji w imię tradycji.

Jeśli uczeń potrzebuje przygotowania do wykonania pozycji półlotosu lub mostka - czemu nie? Powinien jednak wiedzieć, że to tylko przygotowanie, które z czasem powinno zniknąć z jego praktyki.

Co myślisz o tak zwanym otwieraniu się ciała?

Istnieją kontuzje, które są w pewnym sensie otwieraniem się ciała. Powiedzmy, że naderwiesz sobie więzadło kolanowe. Z anatomicznego punktu widzenia jest to kontuzja – więzadło nie odzyska  swojej naturalnej długości, w pewnym stopniu spowoduje zmniejszenie stabilności stawu kolanowego. Ale w pewnym sensie spowoduje zwiększenie jego mobilności.

Jak rozumiesz rolę bólu i kontuzji?

Asztangawinjasa jest trudną i wymagającą praktyką fizyczną, do której potrzeba znacznej siły i elastyczności. W czasie intensywnej praktyki fizycznej dochodzi do kontuzji. Dotyczy to również praktyki jogi. Sam przeszedłem przez wiele kontuzji. Myślę, że jeśli już się zdarzą, warto potraktować je jako szansę na zrozumienie jak i dlaczego do nich doszło. Dzięki temu można później spróbować pomóc innym w uniknięciu podobnych przeżyć.

Uczniowie są odpowiedzialni za swoje ciało a nauczyciele za bezpieczne postępy uczniów. Jeśli uczeń chce wykonać w jak najkrótszym czasie jak największą liczbę asan a nauczyciel go do tego zachęca, ryzyko wystąpienia kontuzji rośnie. Dopiero kiedy między uczniem a nauczycielem rozwinie się więź oparta na zaufaniu ryzyko wystąpienia kontuzji będzie małe – po prostu uczeń zatrzyma się w miejscu wskazanym przez nauczyciela i nie będzie miał do niego żalu  „ograniczanie” jego praktyki. Nauczanie powinno być oparte na uważnej obserwacji. Z kolei odpowiedzialność ucznia polega na tym, by mógł czasami powiedzie nauczycielowi „stop, na dzisiaj wystarczy”.

Dlaczego twoim zdaniem w metodzie asztangawinjasy praktyka asan wychodzi na pierwszy plan? Co z pozostałymi stopniami jogi?

Nie mów nikomu, ale asztangawinjasajoga jest hathajogą a nie jogą Patańdżalego :)Znam osoby, które chciałaby wierzyć, że praktykuję jogę Patańdżalego ale tak nie jest. Upraszczając joga Patańdżalego polega na siedzeniu w lotosie i medytowaniu. Z kolei celem hathajogi jest oczyszczenie ciała i układu nerwowego. Oprócz praktyki asan w oczyszczaniu ciała pomaga odpowiednia dieta. Kiedy ciało oczyści się, można rozpocząć pracę z układem nerwowym poprzez praktykę pranajamy.

Myślę, że praktyka asan jest bardzo ważna szczególnie dla ludzi zachodu – ze względu na  nasz sposób myślenia i na naszą dietę.

Kiedyś Patthabi Jois kładł nacisk również na nauczanie innych technik pracy z ciałem – pranajamy i Kriji, ale obecnie przy tak dużej liczbie praktykujących uczniów jest to praktycznie niemożliwe.

Dlaczego Twoim zdaniem praktyka asan oddziałuje na ludzi silniej niż na przykład pływanie albo jazda na rowerze?

W czasie warsztatu jeden z uczestników powiedział mi, że w Polsce większość uczniów uczęszczających na zajęcia dla początkujących, traktuje jogę wyłącznie jako formę aktywności fizycznej. Z drugiej strony  przychodzą na te zajęcia systematycznie. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych. Rodzi się pytanie dlaczego nie wybierają fitnessu? Być może dzieje się tak ponieważ joga jest popularna. Ale może podświadomie szukają czegoś głębszego, może praktykując jogę dotykają tego czegoś? Trudno to nazwać. Jeśli przyjmiemy, że człowiek jest istotą duchową być może wracają na zajęcia bo na jakimś poziomie oddziałują one na tę ukrytą sferę duchową. Nie można tego ani potwierdzić ani wykluczyć :)

Asany są narzędziem, którego używamy, żeby zrozumieć samego siebie. Początkowo doznania płynące z praktyki asan są czysto fizyczne. Uczniowie martwią się swoją sztywnością albo cieszą z wykonania trudnej pozycji. Z czasem rośnie świadomość ciała, może stać się tak, że niektórzy uczniowie zaczną stopniowo zmieniać dietę a następnie odkryją, że w czasie praktyki ciekawe rzeczy dzieją się nie tylko na poziomie ciała.

Myślę, że na zajęciach nie trzeba podkreślać znaczenia pozostałych stopni jogi, ponieważ ludzie zaczną je odkrywać samodzielnie, kiedy będą na to gotowi. Gurudżi nie zachęcał uczniów do rozpoczęcia praktyki medytacji. Był nauczycielem asan i właśnie ich nauczał.

Co myślisz o pochodzeniu systemu?

Słyszałem wiele historii, mówiących o jego antycznych korzeniach, ale nie kupuję ich. Wydaje mi się, że to Krishnamacharya stworzył system. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Dowodem skuteczności systemu są jego efekty. Jeśli praktyka asztangawinjasy pomaga ci w życiu i sprawia, że czujesz się lepiej jakie to ma znaczenie? Czy to, że pochodzi albo nie ze starożytnych tekstów cokolwiek zmieni?

Ile jest serii? O ile się orientuję, kiedyś były trzy serie a obecnie jest sześć.

Tak, jeszcze w latach siedemdziesiątych były trzy serie. Później Gurudżi podzielił Serię Zaawansowaną na cztery serie. Znam kilka osób które praktykują część pozycji z Piątej Serii, ale nie znam nikogo kto praktykowałby Szóstą Serię. Gurudżi powiedział kiedyś, że ostatnią pozycją szóstej serii jest śavasana, w czasie której praktyk zatrzymuje serce.

Jak rozumiesz bandhy?

Podchwytliwe pytanie. Zanim na nie odpowiem, zaznaczę, że jest to rozumienie bandh osoby, która praktykuje asztangę od trzynastu lat. Zastrzegam sobie prawo do zmiany opinii za jakiś czas. Bandhy mają dla mnie dwa znaczenia: fizyczne i filozoficzne. Nie jesteśmy ani wyłącznie fizycznymi ani wyłącznie energetycznymi istotami. Na poziomie filozoficznym bandhy można rozumieć jako tamy, które należy otworzyć w celu umożliwienia przepływu energii. Mulabandha nie pozwala by energia spływała do dołu, z kolei uddijanabandha wznosi energię do góry. Dżalandharabandhę praktykuje się wyłącznie w czasie panajamy. Wynika to z tego, że jej pełne wykonanie jest możliwe dopiero w czasie kumbhaki, czego nie robi się praktykując serie.

Bandhy zaznaczają się również na poziomie fizycznym. Mulabandha jest w jakiś sposób powiązana z mięśniami dna miednicy – ich zaciśnięcie stymuluje punkt energetyczny. Z kolei uddijanabandha wiąże się mięśniem biodrowo-lędźwiowym. Oczywiście ani mięsień ani jego napięcie nie są bandhą, jednak napięcie tych mięśni w pewien sposób prowadzi do uaktywnienia bandh.

Jak podoba ci się Polska?

Poza pogodą? Mieszkam w Miami wiec rzadko mam okazję oglądać śnieg, zasypana śniegiem Warszawa wygląda bardzo ładnie. Ludzie, którzy pojawili się na moim warsztacie są pełni zapału i entuzjazmu. Z drugiej strony nie zadajecie zbyt wielu pytań J

 

 

Więcej informacji na jego temat można znaleźć na stronie: http://ashtangayogamiami.com. Dodatkowo David prowadzi stronę poświeconą anatomii funkcjonalnej i  jej przełożeniu na codzienną praktykę jogi www.yoganatomy.com

 

Paweł Witkowski INTools