Wywiad z Russellem Casem | Ashtanga Yoga

Wywiad z Russellem Casem

Autor: 
Elise Espat
Tłumaczenie: 
Łukasz Przywóski

Wywiad z Russellem Case pochodzi z bloga www.livingmysore.blogspot.com. Wywiad poprowadziła Elise Espat (www.ashtangayogabrooklyn.com). Russell Case jest autoryzowanym nauczycielem asztangi. Zachęcam do wysłuchania wywiadu audio z Russelem Case, który można znaleźć na stronie: http://yogapeeps.com/main/2006/episode-14-russell-case-ashtanga-south-2/102.

Kiedy złapałeś bakcyla ashtangi?

Kiedy byłem na ostatnim roku studiów znajomy zasugerował, żebym spróbował jogi. Pomyślałem sobie, że jest to chyba najmniej odpowiedzialny sposób wykorzystania kredytu studenckiego, ostatecznie jednak skusiłem się. Pierwsze zajęcia były bardzo bolesne. Wiele dziewczyn w pokoju poruszało się lekko, jakby przechadzały się po parku. Tymczasem moje ciało cierpiało katusze.

Co się działo?

Mam skoliozę, w szkole średniej grałem w koszykówkę. Nie mogłem być mniej przygotowany do rozciągania. Przesiedzenie dziesięciu lat w Ardha Matsyendrasanie na jedną stronę przed konsolą Nintendo pogłębiło problem. Co więcej grałem również w rugby w Luizjanie, kuźni talentów dla ligi NFL. W czasie treningów jedna z moich kości miedniczych uległa przemieszczeniu. Mimo to uwielbiałem te treningi, intensywność doświadczenia bycia uderzanym i uderzania innych młodych mężczyzn. Potrzeba podobnych doznań poprowadziła mnie do przetestowania szeregu innych fenomenów o wysokiej intensywności. Kiedy po raz pierwszy wszedłem do shali na zajęcia Ashtangi poczułem, że jest to praca jakiej potrzebuje moje ciało i mój umysł.

W wieku szesnastu lat przeżyłem załamanie psychiczne po przedawkowaniu LSD. Intuicyjnie wykonałem Kumbhakę (zatrzymanie oddechu – przypis tłumacza) będącą częścią systemu prana jamy. Zrelaksowała mnie na tyle, że mogłem zasnąć nie ulegając atakowi paniki. Mówię poważnie. Nie mogłem przebywać blisko noży, ostro zakończonych roślin i płaszczyzn. Nie mogłem jeść ciemnej żywności ani zasypiać w ciemności. Zatrzymanie oddechu oddalało ode mnie wszystkie te emocje. Wykonywałem różne formy powitań słońca, Sarvangasany, Balasany i Padmasany. Sprawiały, że czułem się dobrze. Kiedy spróbowałem Ashtangi wszystko jakby weszło na swoje miejsce. Szczególnie wygięcia do tyłu. Kapotasana rozsupłuje węzły strachu w ciele. Uwierz w to.

Gość, który prowadził zajęcia nazywał się Suddha. Jego prawdziwe imię to Adolph Wiexler, bardzo spokojny człowiek. Wiem o nim niewiele poza tym, że w latach siedemdziesiątych był programistą. Przeżył załamanie nerwowe, po którym przeniósł się do Indii. Przez osiem lat żył w Ashramie Sivanandy. Postanowił żyć w celibacie i w latach osiemdziesiątych przeniósł się do Mysore, gdzie dostał błogosławieństwo Patthabi Joisa do nauczania. Był niezwykłym człowiekiem. Uczyłem się u niego przez trzy lata, po czym przeniosłem się do południowej Korei, przez rok praktykowałem nieopodal buddyjskiej świątyni w pobliżu Uniwersytetu Erwa w Seulu. Po powrocie do Stanów, przeniosłem się do Texasu, gdzie spotkałem Sharon Moon, wiedziała wszystko o gurujim, zaczęliśmy wspólnie praktykować.

I ty i Sally uczyliście się u Sharon Moon. Czy mógłbyś podzielić się waszym doświadczeniem?

Sharon jest zagorzałą wielbicielką Yoganandy Paramahansy (indyjski jogin,autor „Autobiografii Jogina”; rozpowszechnił na zachodzie Kriya Jogę – przypis tłumacza). Sprawiła, że i ja się nim stałem. Praktykowała codziennie Krigya Yogę od trzydziestu, trzydziestu pięciu lat. W latach dziewięćdziesiątych, jako babcia zaczęła codziennie przejeżdżać na rowerze 100 mil dziennie, podnosić ciężary, otrzymała czarny pas w karate. Jest bardzo mała, mierzy około pięciu stóp, waży sto funtów. Teksańska żydówka z piątego pokolenia. Złamała nos swojemu synowi. Był wielkim dzieciuchem.

Jak wielu adeptów sztuk walki potrafi podążać wiernie za nauczycielem. Podążała dokładnie za Davidem Swensonem. Potrafi słuchać. Tancerze potrafią to robić, piłkarze a poza nimi praktycznie żaden z Amerykanów.

Czy tak poznaliście się z Sally? Ucząc się u Sharon?

Nie do końca. Przez trzy lata praktykowałem z Sharon, w pewnym momencie powiedziała, żebym pojechał do Nowego Jorku i znalazł sobie prawdziwego nauczyciela stylu Mysore. Nie dałaby mi rekomendacji do nauczania do momentu, kiedy kogoś nie znajdę. Poczułem się znieważony. Udało mi się znaleźć Guy Donahaye’a w East Village (robiłem tam dyplom z malarstwa). Praktyka z nim była porównywalna do pobytu w Indiach. Po ukończeniu studiów poleciałem do Mysore na cztery miesiące i poznałem tam Sally. Okazało się, że obydwoje znamy Sharon.

Jestem prawie pewien, że dało jej to pewność co do mnie. Lubiła mnie, ale ta referencja jeszcze pomogła. Zaczęliśmy tańczyć na święcie pełni księżyca. Sześć godzin później jedno z nas uwiodło drugie. Nie jestem pewien, które ale zabrała mnie do swojego domu i od razu się do niej wprowadziłem.

Przez długi czas uczyłeś się u Guy Donahaye’a (obraz autorstwa Russella wciąż wisi w szkole Guy Danahaya). Czy czytałeś ostatni post Steve Dwelleya dotyczący „fundamentalistów jogi”? Guy i Steve weszli w dłuższą debatę. Masz jakieś przemyślenia na ten temat?

http://ashtangasantabarbara.com/blog/2008/02/04/yoga-fundamentalism/#comments

Podobała mi się odpowiedź Guya. Podstawy są ważne. Jest ważne, żeby na pewnym etapie życia w pełni zaufać swojemu trenerowi. Trener mówi, żebyś coś zrobił i robisz to do jasnej cholery! Tak stajemy się członkami zespołu. W ten sposób wyzbywamy się egoizmu.

Myślę, że „trener” jest lepszym przełożeniem znaczenia „guru” niż nauczyciel. W Ameryce nauczyciele nie mają podobnego autorytetu co trenerzy. Richard Freeman nienawidzi kultu. Nienawidzi fundamentalizmu ponieważ dusi on inteligencję. Poczucie humoru jest ostrzem intelektu, a kulty nigdy nie są zabawne.

Przez czterdzieści pięć lar Richard praktykował pod kierunkiem nauczyciela jogi. Zgłębił tematykę tantry, co wpływa na jego praktykę własną. Praktykuje Ashtangę z poczuciem respektu. Respekt to opadnięcie przepony kiedy otwiera się usta aby chwycić nimi sutek nieskończoności. Oto pierwsza vinyasa Surya Namaskara A. Jeśli to cię nie bawi, nie wiesz co jest śmieszne.

Po ukończeniu studiów wyjechałeś do Mysore aby uczyć się u guruji. Czy przychodzą ci namyśl jakieś niezapomniane historie?

Byliśmy na drugiej serii prowadzonej w Niedzielę. Prawie skończyliśmy. Jeśli się nie mylę przechodziliśmy do Baddha Padmasany z Sirsasany. Praktykowałem w pierwszym rzędzie po prawej stronie w nowej szkole. Nagle Guruji krzyknął „Kto to robi?!” wskazując na moją nogę. Wszyscy na mnie spoglądają a ja zastanawiam się, jak udało mi się spieprzyć skok lub samo wejście do Baddha Padmasany. Ponownie krzyknął „Kto to robi” wskazując na swoją goleń.

O co poszło? Co zrobiłeś źle?

Widzisz, miałem na nodze dużą ranę. W piątkowy wieczór byłem na Pizza party u Kino i Tima. Wyszedliśmy z Sally i Robertem WIlkinsem roześmiani i objedzeni serem. Chciałem odpalić mój skuter ale omsknęła mi się noga i wyrwałem sobie kawałek łydki, mięso i skórę. Wszystkim wydawało się bardzo śmieszne to, że tak bardzo krwawiłem. Pokuśtykałem do domu Randy Uncle, który założył mi bandaż z szafranem, żeby rana obeschła i nie dostały się do niej Indie.

Podczas niedzielnej praktyki bandaż rozwinął się, odpowiedziałem gurujiemu „Guruji…motor”. Wszyscy parsknęli śmiechem.

Podszedłem do niego po zajęciach i pokazałem ranę. Przyjrzał się jej. Pokazał mi swoją. Miał dużą bliznę na łydce i grymas na twarzy. „Trzydzieści lat temu rozbijam motor… potem sprzedaję motor”. Ma dobre poczucie humoru.

A jeśli chodzi o asany… ile czasu najwięcej spędziłeś w jednej pozycji?

Dwadzieścia sekund…w Puraka Recaka Kumbhaka. To kiedy wstrzymujesz oddech po wydechu po uprzednim wstrzymaniu oddechu po wdechu. Równie dobrze można zwymiotować i umrzeć.

Ha ha. Jaka jest najlepsze rada, którą otrzymałeś?

Nie zabijaj siebie już pierwszego dnia. Mój trener uwielbiał, kiedy ktoś wymiotował i zawsze byłem to ja, ale to nie muszę być nieustannie ja.

Mam nadzieję. Jakaś rada dla początkujących?

Za pierwszym razem jest to równie trudne, jak za każdym następnym.

Wydaje mi się, że przeczytałam to w podręczniku Swensona. W każdym razie powiada, że nigdy nie zachęca ludzi do praktyki ashtangi, jeśli jednak już się pojawią będzie ich uczył.

To dobra rada. Kiedy przyjdą, każ im odejść. Sprawdź czy wrócą. Jeśli tak będą dobrymi uczniami.

Paweł Witkowski INTools